środa, 15 sierpnia 2018

TATRY CZYLI NAJPIĘKNIEJSZY, RODZINNY POWRÓT W GÓRY

Jeszcze dwa lata temu wyjazdy w góry wyglądały zupełnie inaczej... Każdy dzień, bez względu na pogodę, wyglądał mniej więcej tak samo - śniadanie, góry do zapadającego zmroku, duuuuuża obiadokolacja, sen poprzedzony ewentualną sauną i pełna regeneracja... Teraz, gdy pojawiła się na świecie Majeczka, Tatry musiały wyglądać zupełnie inaczej. Na szczęście w tym roku udało się ściągnąć rodziców, więc zarówno treningi biegowe jak i wyprawy górskie były całkiem łatwe :-) Brakowało tylko odpoczynku, ale kto powiedział, że na wakacjach się wypoczywa ;-)






Na bazę wypadową wybraliśmy podobnie jak w ostatnich latach Strbskie Pleso - znalazłam super czysty i duży aparatmanet 80 m2 w naprawdę przystępnej cenie, który od razu spodobał się też Majeczce :-) Dużo miejsca na "spacerowanie", wanna na kąpiel wieczorną  i wszędzie tak czysto, że nawet jednego paproszka nie udało się znaleźć :-) No i najważniejsze - Strbskie Pleso czyli miejsce gdzie można codziennie dla relaksu pospacerować (lub pobiegać - kto co lubi ;-) ) wokół jeziorka... Maja też znalazła coś dla siebie czyli huśtawkę, karuzelę, zjeżdżalnie i... pyszne lody waniliowe :-)
1 dzień - Strbske Pleso 
Z Warszawy wyjechaliśmy o 4 rano, więc przed 12 byliśmy już na miejscu. Maja się wyspała w samochodzie, a my padnięci, ale szczęśliwi poszliśmy jeszcze pospacerować nad jeziorko :-) A ja oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła kilka rund również na biegowo ;-) Było zmęczenie, ale też wielka radość, że udało się wrócić w ukochane Tatry :-) 

2 dzień - Sedlo pod Ostrvou, Popradskie Pleso
Na rozruszanie kości zafundowaliśmy sobie malowniczą trasę z pięknymi widokami, ale z niewielkimi przewyższeniami 2100. Tatry powitały nas chmurkami, ale i tak było najlepiej na świecie - w końcu kilka godzin razem z mężem, bez szumu samochodów, wielkie przestrzenie, zieleń, skały... Mmmm... Tego nie da się opisać - to trzeba przeżyć :-) W dodatku pomimo wychodzenia z choroby zupełnie nie czułam, że jest ciężko, że kaszel, że katar... Tam zupełnie inaczej się oddychało :-) A rano przecież nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła krótkiego treningu biegowego - podbiegów i skipów :-) Było cudownie :-)

3 dzień - Krywań
Dobre samopoczucie i super pogoda skłoniły nas na dłuższą wyprawę. Jednak tym razem rano miałam zaplanowany mocniejszy trening biegowy (w tym 10 km BNP!!! Wokół Strbskiego Plesa!!! Dla mnie to zabójstwo i wręcz niewykonalny plan, więc zrobiłam co mogłam żeby jakoś ten trening "zaliczyć" i nie skompromitować się), a potem ruszyliśmy na Krywań...

Była piękna pogoda, więc całkiem sporo turystów, a wtedy mojemu mężowi włączają się "wyścigi". Zatem bez ani jednej przerwy dotarliśmy na szczyt, a ja musiałam gonić mojego męża (a podobno to ja mam kondycję!)... Oj słabo wspominam tę wyprawę... Nogi ciężkie po porannym treningu, ale trzeba było iść żeby zdążyć wrócić do Majeczki na 15 i się z nią pobawić w ramach odpoczynku :-) W sumie tego dnia wyszło prawie 40 km, ale to była naprawdę piękna wyprawa :-)

4 dzień - Bystra
To był ostatni dzień przed "przerwą", więc wybraliśmy się na długą, ale malowniczą pętelkę na Bystrą. Nie wiem dlaczego, ale jest to moja ulubiona "górka" i trasa po stronie słowackiej z najcudowniejszymi widokami :-) Zmęczeni, ale z uśmiechem wyruszyliśmy na trasę bardzo rano ponieważ zapowiadało się prawie 30 km spaceru i 3000 przewyższenia, a z każdym dniem tęsknoty za Majeczką były coraz większe... Na szczęście następny dzień mieliśmy spędzić już razem bo... Maja miała pierwsze urodzinki!!! :-)

Bystra również w tym roku nas nie rozczarowała, a raczej oczarowała widokami... Może nie było tak zielono jak dwa lata temu, ale te przestrzenie, zero ludzi... Mmmmm... Po prostu cudownie... I jak tu nie wrócić za rok? Oczywiście zamiast ludzi również w tym roku spotkaliśmy sporo kozic :-)





5 dzień - Morskie Oko i urodziny Majeczki
Urodziny Majeczki spędzaliśmy całą rodzinką - ja, Kuba, Majeczka, moja mama i tata na "wyprawie górskiej". Oczywiście impreza urodzinowa odbyła się dużo wcześniej, ale swoje prawdziwe pierwsze urodziny Majeczka spędziła na Morskim Oku, w którym dla uatrakcyjnienia wycieczki postanowiła się "załatwić" :-) Może dzięki temu była w drodze powrotnej bardzo spokojna i pomimo burzy, która nas złapała, poszła spać na cała trasę :-)


Na dodatek mieliśmy tego dnia jechać na pizzę do Białki Tatrzańskiej, ale... droga do Białki była zamknięta, bo natknęliśmy na Tour de Pologne, który w końcu wygrał Polak - Kwiatek :-) Co ciekawe w zeszłym roku na porodówce również oglądałam Tour de Pologne, a Majka prawie wygrał wyścig - zabrakło mu chyba 2 czy 3 sekund i... wtedy pomyślałam, że to znak, żeby naszą córeczkę nazwać Maja :-) Może zostanie kolarką a nie koszykarką czy siatkarką? :-) Zresztą już dzisiaj uwielbia swój rowerek i jeździć z nami na wycieczki rowerowe :-)



6 dzień - Bystre Sedlo
Poranek znowu zapowiadał się ciężki biegowo (zabawa biegowa 6 km po płaskim to pikuś, ale wokół jeziora nigdy nie jest przyjemnością... Zresztą na płaskim też nie ;-)), więc później wybraliśmy krótką, ale malowniczą trasę na Bystre Sedlo :-) Lubię tę trasę ponieważ nie trzeba się namęczyć, a można doświadczyć naprawdę pięknych widoków :-)







7 dzień - Popradskie Pleso i Jaskinia Wolności
Niestety przyszedł czas na brzydką pogodę (dopiero siódmego dnia - i tak rewelacja!!!), więc trzeba było zrobić przymusową przerwę od gór i zwiedzić jaskinię :-) Dzięki temu super dzień spędzony rodzinnie i zebranie sił na następny dzień :-)

A ja oczywiście nie byłabym sobą gdybym trochę nie pobiegała - tym razem bieg do Popradskiego Plesa przy lekkim deszczyku czyli moja ulubiona pogoda :-) 16 km pękło nie wiadomo kiedy pomimo zmęczenia górami, treningami i codziennymi spacerami po Strbskim Plesie...

8 dzień - Polski Grzebień
Oj działo się! Wyszliśmy rano ze Smokowca na Czerwoną Ławkę (miała być ostatnia długa wyprawa), a skończyło się... że poszliśmy nie tym czerwonym szlakiem, który trzeba i nagle... wylądowaliśmy przy hotelu górskim "Dom Śląski"... Trzeba było szybko zmienić plany i zdecydowaliśmy się na wejście na Polski Grzebień. Dojście na szczyt szybkie i łatwe, a widoki ze szczytu, szczególnie na polską stronę, przepiękne :-) Warto było nieco pomylić trasę żeby znowu popatrzeć na te cudowne widoki :-) Jednak ze względu na to, że zmieniliśmy trasę, czekało mnie 10 km biegu po samochód do Smokowca... Przynajmniej trening biegowy zaliczony bez dodatkowego biegania ;-) W sumie wyszło 36 km, więc następnego dnia miał być zasłużony odpoczynek :-)

9 dzień - Skalnate Pleso
Dzisiaj dzień odpoczynku czyli dzień rodzinny :-) Razem z rodzicami i Majeczką mieliśmy wjechać na Łomnicki Szczyt, ale ze względu na brak biletów skończyło się na spacerze do Łomnickiego Stawu :-) Maja pierwszy raz pokonała trasę w Tatrach w chuście, a my zrobiliśmy przyjemny spacer zakończony pysznym jedzonkiem w restauracji (w dodatku, za które nie trzeba było płacić ;-) Dzięki Tatuś!) :-) Do tego Maja mogła się pobawić na placu zabaw "na wysokości" i wszyscy byli zadowoleni :-)

10 dzień - Zielone Pleso
Niestety ze względu na zapowiadany burzowy dzień i narastające zmęczenie wybraliśmy się tylko na krótką, sentymentalną trasę do Zielonego Plesa... 20 km z lekkim przewyższeniem, ale i tak czuliśmy uda po zbieganiu poprzedniego dnia z Łomnickiego Stawu. Jak zawsze pyszne jedzenie w schronisku i...niestety to już koniec wakacji...

...ale wiele bezcennych wspomnień pozostanie... Tylko czy jeszcze uda się tak pochodzić po Tatrach? Bez rodziców byłoby ciężko, więc baaaaaaaaaaaardzo dziękujemy za opiekę nad Majeczką i pierwsze, dłuższe chwile samotności w niesamowitych okolicznościach przyrody. Mimo wszystko mam nadzieję, że wrócimy tutaj za rok... Jak dużo uda się wtedy chodzić z Majeczką? Czy damy radę zaliczać szczyty? Trzymajcie kciuki bo góry są najpiękniejsze i nie wyobrażam sobie bez nich życia :-) Tylko czy damy radę w Tatrach z takim maleństwem czy lepiej przerzucić się tylko na Bieszczady? 

wtorek, 15 maja 2018

BIESZCZADY Z NIEMOWLAKIEM CZYLI CUDOWNE ROZTRENOWANIE...

 Wiosenne cele biegowe osiągnięte, euforia maratońska powoli opada, więc w końcu można było pomyśleć o roztrenowaniu :-) Ale tak zupełnie nic nie robić? Ja tak nie dałabym rady :-) Jakieś pomysły? Zapowiadali ładną pogodę po weekendzie majowym, więc zapadła szybka decyzja - Wetlina, Bieszczady, cisza, spokój i przyroda... Otrzymaliśmy namiary na świetną miejscówkę - Krukówka z gospodarzem Piotrem i codziennym zapachem pieczonego chleba, zwierzętami podchodzącymi pod dom, leżaczkami i drewnianą huśtawką... Po prostu bajka... A cisza aż w uszach dudniła...Obawialiśmy się nieco wypraw górskich z Majeczką, ale jest to najukochańsze dziecko na świecie i wycieczki bardzo jej się spodobały... No może niewiele z nich pamięta, bo głównie spała :-) Nie były to też tak długie wyprawy jak zawsze, ale 15-25 km dziennie z niemowlaczkiem i to na roztrenowaniu to chyba jest dobry wynik ;-)



Dzień 1 (przyjazd) - Jawornik - Wetlina
Po całkiem szybkiej podróży z Warszawy do Wetliny postanowiliśmy iść jeszcze na krótką wycieczkę :-) 10 km na rozchodzenie po górach i zapoznanie Majeczki z górskim plecakiem... Majeczka była zachwycona zarówno przyrodą jak i plecakiem :-) A my nie mogliśmy się oczywiście oprzeć już pierwszego dnia... naleśnikom-gigantom :-)
Dzień 2 - Połonina Wetlińska - Smerek

Słońce, słońce, ale też piekielny wiatr na Połoninach... I jak tu się ubrać? Na dole gorąco, na górze zimno... O ile nam to w zasadzie wszystko jedno czy marzniemy czy jest nam za gorąco to zupełnie nie wiedzieliśmy jak ubrać Majeczkę i... niestety ją przegrzaliśmy... W kolejnych dniach byliśmy już dużo mądrzejsi...

Pomimo wielkiego wiatru to właśnie tutaj zakochałam się w Bieszczadach :-) Do tej pory zakochana byłam tylko w Tatrach, ale te widoki, dzika przyroda, brak ludzi... Było po prostu przepięknie :-)

Dzień 3 - Jawornik - Kolejka Wąskotorowa - Smerek
Niestety ze względu na przegrzanie Majeczki musieliśmy zrobić dzień "odpoczynku" czyli wybraliśmy nieco krótszą wyprawę niż zwykle i dlatego zrobiliśmy sobie w zasadzie płaski spacerek w okolicach kolejki wąskotorowej. Ale nie byłabym sobą gdybym tego jakoś nie nadrobiła ;-) Obudziłam się przed 5 żeby nakarmić Majeczkę (po przegrzaniu potrzebowała więcej mleczka niż zwykle, więc pobudki były częstsze) i zobaczyłam przez okno jak pięknie budzą się Bieszczady... Nie mogłam przejść wobec tego obojętnie i... pomimo roztrenowania wyruszyłam truchcikiem na Jawornik :-) Las budził się do życia i spotkałam nawet sarenkę... Na szczęście tylko sarenkę, a nie niedźwiedzia :-)

Dzień 4 - Wielka Rawka - Ustrzyki Górne
Gorączka Majeczki minęła, więc mogliśmy znowu wybrać się gdzieś wyżej... :-) Padło na Wielką Rawkę :-) Szybkie podejście i... znowu ten wiatr... Czy tu zawsze wieje? Tym razem udało nam się schować za jakimś kamieniem i podziwiać widoki przez dłuższy czas... Ile energii udało mi się stamtąd ukraść? Myślę, że co najmniej na kolejny miesiąc :-) Tylko my, przyroda i piękne widoki... Ehh... Chyba zapragnęłam przeprowadzić się kiedyś właśnie w Bieszczady... No i nie spojrzeliśmy na mapę żeby pójść na Krzemieniec czyli na trójstyk granic, ale... to znaczy że trzeba tu szybko wrócić :-)

Dzień 5 - Połonina Caryńska - Stuposiany
Wyprawę na Połoninę Caryńską i zejście do Stuposiany wybraliśmy całkowicie przypadkiem - miało padać po południu, więc trasa miała być w miarę krótka, ale też z widokami i... było prześlicznie, bez deszczu i bez ani jednej chmurki :-) Najpierw szybkie podejście na Połoninę i... wciąż zero ludzi :-) No może poza jednym biegaczem, który przemknął koło nas niczym błyskawica... Aż mu trochę pozazdrościłam tego biegania... Ale tylko dlatego, że jednego dnia mógł zaliczyć więcej tej cudownej przyrody, bo towarzystwo to ja miałam najlepsze na świecie :-) Mimo wszystko zamarzył mi się Bieg Rzeźnika... Może kiedyś jak nauczę się zbiegać...

Dzień 6 - Tarnica - Halicz - Rozsypaniec - Wołosate
Na Tarnicę i Rozsypaniec chcieliśmy się wybrać kiedy będzie jak najlepsza pogoda - brak chmur, wiatru czy deszczu... Niestety jak to w górach - pogoda jest nieprzewidywalna i w jedyny dzień, w który nie zapowiadano deszczu - deszcz spadł :-) Na szczęście tylko na kilka minut, więc właściwie tylko przyjemnie nas schłodził, ale też zabrał trochę najpiękniejszych widoków... Trzeba będzie tu wrócić i wybrać lepszą pogodę :-)

Dzień 7 - Widełki - Bukowe Berdo - Tarniczka - Ustrzyki Górne
Trasa z polecenia gospodarza Piotra udała się niesamowicie :-) Pomimo słonecznego weekendu na niebieskim szlaku spotkaliśmy zaledwie dwie osoby, a widoki to po prostu bajka :-) Wszędzie przepiękna zieleń, a trasa minęła nie wiadomo kiedy... Pierwszy postój zrobiliśmy dopiero pod Tarnicą dziwiąc się, że to już tutaj... Oczywiście na szczytach strasznie wiało, ale na szczęście Majeczka jak zwykle dzielnie spała w chuście, a my mogliśmy podziwiać widoki :-) Po zejściu do Ustrzyków czekał mnie jeszcze bieg do Widełek po samochód - 8 km w ramach roztrenowania było cudnym zakończeniem wycieczki... W sumie dzień zakończył się w strumyczku... Mmmm... Zabrakło tylko zimnego piwa :-)

Dzień 8 - Jawornik - Riaba Skała - Dziurkowiec
Ostatni dzień... Kiedy to minęło? Kiedy planowałam ten urlop mój mąż stwierdził "A co my będziemy robili tyle dni w Bieszczadach?". W sumie podzielałam jego zdanie, więc początkowo mieliśmy zostać nawet dwa dni krócej! Tymczasem mogłabym chodzić na takie wycieczki codziennie przez co najmniej najbliższy rok :-) Ostatnia wycieczka to spory niedosyt - trasa głównie w lesie, ale... gdyby pójść dalej niż Dziurkowiec i zejść przez Okrąglik... Mmmm... Może za rok?

Idealne roztrenowanie czas niestety zakończyć i wrócić do rzeczywistości... Było przepięknie i naprawdę zakochałam się w Bieszczadach :-) Ale teraz już nie mogę doczekać się kolejnej wyprawy w góry... Tym razem w sierpniu wracamy w Tatry :-) Dziękuję mojemu Mężowi i Córeczce za cudowny wyjazd! Wspomnienia bezcenne na zawsze zostaną w moim serduszku :-)

niedziela, 7 maja 2017

BIESZCZADY CZYLI GÓRY W 6 MIESIĄCU CIĄŻY TEŻ MOGĄ BYĆ PIĘKNE...

Co zrobić żeby w ciąży było dobrze? Być aktywną i nie siedzieć zbyt długo, szczególnie przed komputerem :-) Końcówka 6 miesiąca, a mnie wciąż omijają wszystkie dolegliwości ciążowe :-) Dlaczego? Biegam, spaceruję, chodzę na siłownię, więc... dlaczego ostatni raz we dwójkę nie pojechać w góry? Co roku były Tatry, ale końcówka kwietnia na Tatry w ciąży mogłaby być ryzykowna, więc wybraliśmy spokojniejsze góry czyli Bieszczady. Kiedy? Tydzień przed majówką, bo jeśli miały być to spokojne spacery bez ludzi to na pewno nie w majówkę kiedy są tam pielgrzymki...

Niestety pogoda zapowiadała się fatalnie - końcówka kwietnia, a przez cały tydzień miał padać śnieg albo deszcz. Zastanawiałam się nad przesunięciem terminu, ale z każdym tygodniem jest mi coraz ciężej i nie wiadomo co się wydarzy, więc wolałam jechać wcześniej. Na szczęście prognoza nie do końca się sprawdziła i udało się pospacerować ponad 200 km :-) A co do pogody - zima, wiosna, lato i jesień - było wszystko :-)

Piątek - WIELKA RAWKA - 20 km 
W piątek zapowiadano najlepszą pogodę, więc z Warszawy wyjechaliśmy o 4 rano żeby jeszcze pospacerować po górach pierwszego dnia. Udało się dojechać koło południa, więc asekuracyjnie pierwszego dnia poszliśmy na Wielką Rawkę. Na dole było właściwie lato, ale w górach zapadanie do kolan w śnieg i bardzo ślisko... Jeśli to miały być najlepsze warunki na spacer to... naprawdę byłam przerażona odnośnie kolejnych dni... Dobrze, że wzięłam sobie ciężarki, matę i roler... W ostateczności będę miała co robić w hotelu :-)


Sobota - POŁONINA CARYŃSKA, BEREŻKI - 25 km 
Śnieg i ogromny wiatr, a po południu deszcz... Hmmm... No ale siedzieć w hotelu? W końcu 25 km spaceru w takich warunkach jeszcze nikomu nie zaszkodziły :-) Na szczęście śnieg okazał się całkiem przyjemny, a gorąca czekolada w schronisku postawiła na nogi. Później jeszcze gorący prysznic w hotelu i jak się okazało najgorszy dzień pod względem pogody mieliśmy za sobą :-)

Niedziela - FERECZATKA, OKRĄGLIK, JASŁO - 25 km 
Najdziwniejszy dzień całego wyjazdu - śnieg, słońce, śnieg, słońce, śnieg, słońce... I tak cały dzień... Na szczęście kiedy tylko wychodziło słońce zapominało się, że jeszcze 5 minut wcześniej chodziliśmy w zawiejach śnieżnych :-) Co ciekawe na szczycie Okrąglika spotkaliśmy jedynych ludzi na szlaku - ratowników na skuterze, którzy utorowali nam drogę do Kalnicy i nie musieliśmy już zapadać się w śniegu po kolana :-)


Poniedziałek - WOŁOSAŃ - 25 km
Nie pada! Ani deszcz, ani śnieg! Jupi! Wycieczka zapowiadała się wręcz cudownie :-) Na szlaku ani jednej osoby i tylko towarzyszące ślady zwierząt - wilka, konia, lisa... Niestety ścieżki nie okazały się tak przyjazne - na dole ogromne błoto i ledwo dało się podchodzić, a na górze wciąż kopny śnieg... Tym razem zaskoczyło nas jednak to, że nie było żadnych widoków, a prawie cała trasa była w lesie. Każda wycieczka miała niepowtarzalny urok :-)

Wtorek - TARNICZKA - 21 km 
Jupi! Słońce za oknem! Idziemy na Tarnicę! Długo czekałam na dzień, który miał być słoneczny, ale zaplanowałam bardzo fajną trasę ok. 40 km. Bieszczady po raz kolejny mnie zaskoczyły - szybko dotarliśmy na szczyt i mieliśmy iść cudowną granią z widokami... Widoki może były, ale walka z ogromnym wiatrem (każdy krok był masakrą!) i śniegiem szybko zmieniły plany - zeszliśmy najkrótszą drogą do Wołosatego i pomaszerowaliśmy do domu asfaltem w... ciepłym słoneczku :-)

Środa - SMEREK, TOROWISKO DAWNEJ KOLEJKI - 25 km
Dzisiaj zapowiadała się znowu trasa granią z cudownymi widokami. Tym razem jednak byłam przygotowana, że wiatr może być bardzo silny, więc nie nastawiałam się na nic innego. Na szczęście ominęło nas chodzenie w śniegu i pierwszy raz zeszłam ze szlaku w suchych butach :-) Widoki były naprawdę piękne - w końcu zobaczyłam Bieszczady w pięknym słoneczku i przez dłuższy czas mogłam podziwiać widoki :-) Było naprawdę pięknie :-) I w końcu ciepło :-) A na szlaku spotkaliśmy całe 2 osoby :-) Chyba ludzie wystraszyli się pogody i zrezygnowali z urlopów w tym tygodniu :-)

Czwartek - TARNICA, HALICZ, ROZSYPANIEC - 35 km 
Skoro pogoda się poprawiła można było pozwolić sobie na dłuższą trasę i... powtórzenie wycieczki na Tarnicę, ale też Halicz i Rozsypańca. Było pochmurno i wietrznie, ale w końcu zobaczyłam prawdziwe Bieszczady, takie jakie sobie wyobrażałam - dzikie (wciąż zero ludzi na trasach!), skąpane w chmurach, ale takich przerażających... jakby miał nadejść koniec świata... Idealna wycieczka i uśmiech od ucha do ucha :-) Uwielbiam takie spacery! Już marzy mi się powtórka :-)


Piątek - POŁONINA WETLIŃSKA - 30 km 
Ostatnia wycieczka po Bieszczadach i kolejne piękne widoki, tym razem z Połoniny Wetlińskiej :-) W związku z tym, że zaczynała się majówka zaczęli pobierać opłaty za parkingi, za wejście do parku, ale też... otworzyli w końcu knajpy :-) Udało nam się zawitać do słynnej Chaty Wędrowca na najlepszego i największego naleśnika jakiego kiedykolwiek jadłam... Mmmm... Z tego zachwytu jednego zjedliśmy przed obiadem, a drugiego po :-) W końcu to ostatni dzień, a poza tym Kruszynka lubi słodkie :-)


Wszystko co dobre szybko się kończy, ale jedno jest pewne - na pewno tu wrócimy :-) Może ja będę wtedy biegać po tych górach, a mój mąż spacerować z Kruszynką? Tereny do biegania są na pewno idealne :-)

niedziela, 28 sierpnia 2016

TATRY CZYLI CIĄG DALSZY NAJPIĘKNIEJSZYCH WAKACJI W ŻYCIU…

Jak co roku planowaliśmy z mężem pojechać w Alpy, ale wyszło jak zwykle - Tatry z noclegiem w Strbskim Plesie. Pojechaliśmy tam bezpośrednio po moim obozie biegowym w Rytrze, ale przecież co to dla mnie dwa tygodnie w górach :-) No trochę się pomyliłam…Bolało, ale za to było przepięknie i nie wyobrażam sobie lepszych gór :-)


NIEDZIELA – Bystre Sedlo
Już w dniu przyjazdu postanowiliśmy się wybrać na „krótki” spacer po Tatrach – zaledwie 15 km i 1600 m przewyższenia, a ja już nie miałam siły na więcej i nie poszłam na rozruch wokół jeziorka… Ale przecież następnego dnia będzie lepiej…

PONIEDZIAŁEK – Krywań
Rano postanowiłam zrobić roztruchtanie wokół jeziorka… Tempo 5:02, a ja już miałam przyspieszony oddech… Na szczęścia nie brałam pulsometru bo chyba by mnie wyśmiał :-) Ale trening zaliczony i można było iść na wycieczkę :-) 28 km i 2800 m przewyższenia – piękne widoki, ale trasa trochę za długa jak na ostatnie moje bieganio-chodzenie… W drodze powrotnej miałam dość, ale na szczęście malinki postawiły na nogi :-)

WTOREK – Mała Wysoka
W związku z planowanym ostatnim dniem ładnej pogody i pomimo wielkiego zmęczenia wybraliśmy się na „krótką” wycieczkę na Małą Wysoką od strony słowackiej. W sumie „TYLKO” 25 km i 2500 m przewyższenia, ale trasa była prześliczna… W drodze powrotnej udało się też trochę pobiegać – 7 km asfaltowej trasy w dół i można było w końcu trochę przyspieszyć :-) Pobiegłam w  tempie 3:46 i… to była jednak głupota… Następnego dnia bolał i kręgosłup i łydki… Ehh… Człowiek uczy się na błędach :-) A raczej powinien ;-)

ŚRODA – odpoczynek
Na szczęście przyszła w końcu gorsza pogoda i można było trochę odpocząć bo w przeciwnym razie szkoda by było pogody :-) Długo zastanawialiśmy się gdzie pojechać, więc po krótkich ćwiczeniach wybraliśmy sauny w Białce Tatrzańskiej :-) Odżyłam, ale…



CZWARTEK – akcent
Nogi wciąż nie chciały się za bardzo kręcić, ale akcent przekładałam już kilka dni, więc w końcu się wybrałam na 12 km i zrobiłam zabawę biegową 1, 2, 3, 4, 5, 1, 2, 3, 4 min w tempie na 5 km… No dobra… Miało być tempo na 5 km, a wyszło ok. 4:10… Po treningu bolało mnie już wszystko, więc poszliśmy tylko na krótki spacer 16 km do Popradskiego Plesa…

PIĄTEK – brak rozsądku cd., ale najpiękniejsza wycieczka
Bystra… Spacer w sumie 28 km, przewyższania 3000 m i… najpiękniejsze widoki jakie kiedykolwiek widziałam w górach :-) Spacer granią Tatr i zaledwie 5 turystów spotkanych na trasie… No chyba że dodać do tego kozice, których znowu trochę się bałam :-) Czy może być lepiej? Rano zaliczyłam jeszcze rozbieganie w tempie 4:58 (znowu za szybko!), ale wycieczka wynagrodziła wszystko bo było po prostu pięknie :-) Dla takich chwil warto żyć...

SOBOTA – Rysy
Na deser zostawiliśmy sobie Rysy, które… jak zwykle mnie rozczarowały… W sumie 26 km i 2800 m przewyższenia, ale cała podróż w górę tylko 2,5 godziny i non stop ludzie, a momentami nawet korki na trasie :-( Nie można się było nacieszyć przyrodą i widokami, więc pocieszałam się porannym treningiem – rozbieganie 5 km i 30 min skipów A, B, C, wieloskoków i wykroków… Przynajmniej wtedy nie było ludzi wokół jeziorka, a ja jak codziennie mijałam się tylko z jednym starszym Panem i Panią, którzy biegali w przeciwnym kierunku…

NIEDZIELA – akcent na do widzenia i Dolina Pięciu Stawów
Wszystko co dobre szybko się kończy, więc czas pięknego biegania w Tatrach trzeba było zakończyć akcentem – 8 km zabawy biegowej 2 min na 2 min truchtu, śr. 4:39… Jak zwykle w Strbskim Plesie umierałam podczas biegania nawet w takim tempie… Później jeszcze krótki spacer do Doliny Pięciu Stawów przez Bielodovską Dolinę i przeprawianie się przez rzeczkę :-) Tradycji musiało stać się za dość :-) Nie wyobrażam sobie piękniejszych wakacji , widoków, spacerów, wolności… Żeby pokochać góry trzeba to po prostu przeżyć :-)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

OBÓZ BIEGOWY W RYTRZE CZYLI ZAUROCZENIE RYTREM I NOWĄ DRUŻYNĄ DREAM RUN

Minęło już trochę czasu od moich wakacji, ale przygotowania do maratonu zajmują praktycznie cały mój wolny czas i dopiero dzisiaj udało mi się zebrać i przywrócić trochę pięknych emocji i wspomnień z wakacji w górach. W sumie wyszło prawie 400 km bieganio-chodzenia w dwa tygodnie w Rytrze , a później w Tatrach… Czy można sobie wymarzyć lepsze wakacje?

W tym roku trochę zaryzykowałam i wybrałam tydzień biegania w zupełnie nieznanych okolicznościach w Rytrze z drużyną Dream Run, z którymi do tej pory nie miałam okazji trenować. Jak się okazało pierwszy raz byłam w górach, w których dało się biegać, a nie tylko głównie podchodzić i zbiegać… Oj było ciężko…

SOBOTA - rozruch
Rozruch, który miał trwać zaledwie kilka kilometrów, a okazało się, że 16 km to właściwie NIC. Po zakończeniu krótka ogólnorozwojówka i… obawa, że będę umierała mięśniowo już 2 dnia obozu… Na szczęście następnego dnia było OK :-) Może ta tłusta wątróbka z cebulką jednak pomogła, a nie zaszkodziła ;-) A może to ten strumyk był zbawienny?

NIEDZIELA – wycieczka biegowa 27 km na Halę Łabowską
Piękna pogoda za oknem (aż zbyt piękna bo słoneczko grzało) i… całodzienną wycieczkę biegową czas zacząć :-) Do tej pory na wycieczkach biegowych głównie podchodziłam, a w dół zbiegałam, ale… trener miał inny pomysł… Dużo biegania i mało chodzenia :-) Na szczęście był to właściwie pierwszy ciężki dzień, więc… ciekawe wyzwanie trzeba było przyjąć :-) Efekt – już zbiegając w dół po betonowych płytach moje uda umarły i każdy krok to był ból… Oj, następny dzień nie mógł być przyjemny…



PONIEDZIAŁEK – wycieczka biegowa 29 km na Prehybę
Wstałam z łóżka i… nie mogłam już chodzić po schodach, schylać się i przede wszystkim… biegać :-) Miał
to być jednak ostatni dzień ładnej pogody, więc zdecydowaliśmy się na wycieczkę głównie chodzoną, a później rolowanie i rozciąganie. Trzeba było jakoś odżyć po zbyt mocnej niedzieli :-)

WTOREK – koniec odpoczynku z… 2 akcentami?
Wszystko co dobre szybko się kończy, więc następnego dnia wróciliśmy do biegania… Na początek miał być rozruch, OWB1 i… nie dało się :-) Presja grupy sprawiła, że z powrotem zbiegając lekko w dół zrobiłam życiówkę na 5 km i pobiegłam w tempie 3:46 :-) Niezła regeneracja ;-)
Wieczorem doszedł jeszcze akcent… 3*300, 3*400 i 3*500 pod lekką górkę i wciąż z zawalonymi nogami… Ehh… Chyba nie muszę mówić jak bardzo umierałam? Na szczęście Tomek nieco podciągnął mnie na tych odcinkach i jakoś przeżyłam :-)

ŚRODA – odpoczynek w deszczu
Po zbyt ciężkim wtorku przyszedł czas na odpoczynek. Na szczęście tak się złożyło, że padał deszcz, więc zaliczyliśmy tylko krótki rozruch 6 km :-) Uff… To naprawdę był rozruch, a nie ściganie… Tym razem nikt już się nie wyrywał za bardzo :-) No może poza Jędrzejem, bo co on będzie się tak człapał ;-)

CZWARTEK – 40 km wycieczka biegowa do Krynicy Zdrój
To miała być najdłuższa i najprzyjemniejsza wycieczka biegowa na całym obozie, ale jednocześnie bardziej rozsądna niż te poprzednie :-) Zaczęliśmy rano i pobiegliśmy drogą do Piwnicznej żeby pobiec kilka kilometrów i jednocześnie przybliżyć się do Krynicy… W Piwnicznej mieliśmy zacząć się wspinać i przez góry dostać się do Krynicy… Trasa na mapie była bardzo prosta, ale jak się okazało w jednym miejscu mogą zaczynać się dwa niebieskie szlaki, które prowadzą zupełnie w inne miejsca… No i po walce z owcami i dziwnymi oznaczeniami szlaku znowu wylądowaliśmy w Piwnicznej :-) Ehh… Trochę kilometrów nadłożone, pogoda zaczyna się psuć, ale walczymy dalej… Największy kryzys był w Wierhomli – wracać do domu bo już późno czy ryzykować ulewę i osiągnąć cel, ale dotrzeć do Krynicy. Na szczęście wybór był słuszny – piękna ścieżka z Wierhomli do Krynicy i ani kropli deszczu :-) Zdążyliśmy nawet na ostatni pociąg z Krynicy do Rytra, a ja zjadłam najlepszego gofra w życiu… Może dlatego, że byłam już ultra głodna. W drodze powrotnej trochę rozciągania w pociągu i wielki uśmiech :-)

PIĄTEK – rozruch ze skipami
Po ciężkim czwartku przyszedł lżejszy dzień w postaci rozbiegania i skipów. W końcu polubiłam co nieco robienie skipu B, który do tej pory skutecznie udało mi się omijać :-) Później trochę ćwiczeń i dzień można zaliczyć do bardzo udanych :-) Co ciekawe był to chyba pierwszy dzień, kiedy moje uda w końcu przestały boleć i mogłam już normalnie biegać…

SOBOTA – wyzwanie
Nogi w końcu nie bolą, większość obozowiczów pojechała na start w Gorcach, a ja dostałam od trenera wyzwanie – bieg na Prehybę, ale… bez podchodzenia!  W pierwszej chwili wydawało mi się to nierealne, ale… przyjęłam wyzwanie :-) Wolałam biegać pod górę niż męczyć się na ciągłym po ciężkim terenie… I… udało się! Wbiegłam! To po prostu wszystko jest w naszej głowie :-) W sumie wyszło 28 km, w tym około 17 km pod górę… Dałam radę i byłam z siebie naprawdę dumna :-)

To już był niestety ostatni dzień obozu :-( Pomimo kiepskich warunków zakwaterowania wiele pięknych chwil zostanie w moim sercu:
- śniadania z pięknym widokiem na góry,
- super wycieczki biegowe, na których udało się biegać, a nie tylko chodzić,
- rozciąganie i rolowanie w kuchni czy pociągu,
- obiady gotowane w wielkim garze głównie przez Bożenkę (dzięki!),
- złote rady i naleśniki Artura,
- Jędrzeja, który zawsze wyrywał do przodu i znajdował najlepsze rozwiązania na wszystko,
- Tomka, który ciągnął mnie na akcencie, robił brzuch i zawsze jadał takie pyszne placki z bananami,
- Monikę i Gizelę, które przyjechały później i po wycieczce biegowej do Krynicy miały takie same problemy jak ja z mięśniami po pierwszej swojej wycieczce…

Dziękuję za cudowne chwile!!! 

niedziela, 6 września 2015

TATRY 2015 CZYLI UPAŁ, PIĘKNE WIDOKI I NOWE CUDOWNE SZLAKI

Wakacje bez gór? W tym roku było blisko, bo najpierw Sycylia, później obóz biegowy na Mazurach, ale... udało się :-) Już czwarty rok z rzędu w Tatrach na najpiękniejszych szlakach świata. Tych widoków, przestrzeni, spadków, przewyższeń, niesamowitego uczucia wolności nie da się opisać w kilku zdaniach, ale na pewno warto zachować wspomnienia kilku wycieczek i wracać do nich kiedy przyjdą gorsze dni.

SOBOTA - dzień 1 - Starobociański Wierch 2175 m
W ciepły, słoneczny, weekendowy i wakacyjny dzień na szczyt w Polsce? Hmmm... To nie był najlepszy pomysł, żeby w ten dzień rozpoczynać wycieczkę z Zakopanego... O godzinie 10.00 w końcu udało się wybrać na szlak przez Siwą Polanę i Dolinę Chochołowską. Na szczęście się okazało, że 99% turystów zostaje w Dolinie Chochołowskiej i schodzi w dół. Tymczasem dla mnie był to dopiero początek wycieczki. Do Starobociańskiego Wierchu prowadziła prosta, ale bardzo długa trasa. Jak na pierwszy dzień chyba zbyt długa, bo mój mąż dotarł do Liliowego Karbu i położył się spać, a ja sama weszłam na szczyt. Widok był nieziemski, więc na pewno warto było jeszcze pół godzinki wejść pod górę :-)

Schodząc w dół umówiliśmy się z mężem przy kolejnej górce, ale zupełnie się nie znaleźliśmy, a telefony oczywiście nie działały. W związku z tym dwa razy weszłam na Ornak i kiedy miałam już wszystkiego dosyć zobaczyłam, że ktoś na kolejnym szczycie rozgląda się nerwowo... To był mój mąż :-) Znaleźliśmy się i razem zeszliśmy na dół Doliną Kościeliską wcześniej idąc piękną granią Tatr.




NIEDZIELA - dzień 2 - Rakuska Czuba 2038 m i Zielony Staw Kieżmarski
Doświadczenia z poprzedniego dnia nauczyły żeby jednak w weekend wybrać się na Słowację :-) W planach był Jagnięcy Szczyt przez Rakuską Czubę, ale słońce spowodowało, że zwyczajnie nie zdążyliśmy i zatrzymaliśmy się przy Zielonym Stawie Kieżmarskim. Pogoda piękna (aż za piękna bo ledwo weszłam na Skalnate Pleso w pełnym słońcu), widoki cudowne i... wycieczka zakończona 10 km biegiem do Tatrzańskiej Łomnicy. Było gorąco i najpierw z górki, a potem pod górę, ale przynajmniej sobie pobiegałam i znowu mogłam poczuć ten wiatr we włosach i wolność :-)

PONIEDZIAŁEK - dzień 3 - Kościelec 2156 m i Przełęcz Świnicka
Po "odpoczynku" poprzedniego dnia i krótszej trasie trzeba było wybrać się na dłuższą wycieczkę. Padło na Kościelec, gdyż była szansa, że rozpoczęcie trasy będzie w cieniu, a nie na słońcu tak jak poprzedniego dnia. Wędrowaliśmy Doliną Suchej Wody do Murowańca, a następnie przez Czarny Staw Gąsienicowy do Karbu. Tam zorientowaliśmy się, że wszystkie zdjęcia zniknęły z aparatu... Trasa do Karbu była szybka i łatwa, a potem pojawiła się tabliczka, że szlak na Kościelec jest bardzo trudny... Na szczęście tabliczkę zobaczyłam dopiero po zejściu z Kościelca, na którym trochę brakowało łańcuchów przy bardziej stromych podejściach. Widok z Kościelca wynagradzał wszystko i nawet powolne schodzenie ze stromych skał mi nie przeszkadzało.

W związku z tym, że było jeszcze sporo czasu zeszłam z Kościelca i usiadłam tradycyjnie nad jakimś jeziorkiem jedząc kanapeczki i chłodząc nogi w wodzie. Nabrałam sił na Przełęcz Świnicką... Potem znowu rozpoczęło się wspinanie... Z Kościelca była widoczna alternatywna trasa, która pozwoliłaby skrócić drogę, ale podczas wędrówki w górę zawrócono mnie twierdząc, że trzeba zejść z góry i wejść z powrotem... Trochę to trwało zanim wspięłam się z powrotem na wysokość ponad 2000 metrów, ale warto było... Dzięki temu mogłam przespacerować się jeszcze granią Tatr, podziwiać piękne widoki w pełnym słońcu i zejść od Liliowego do Murowańca i Doliny Suchej Wody.

Pod koniec dnia nawet ja miała już dosyć, bo Dolina Suchej Wody bardzo się dłużyła, a nóżki nie chciały już czuć kamieni pod stopami... Na dodatek w Murowańcu wypiłam jedno piwo, ale po zmieszaniu ze zmęczeniem i słońcem w głowie kręciło się jak po co najmniej trzech :-)

WTOREK - dzień 4 - Bystre Sedlo 2314 m
Wtorek miał być ostatnim dniem w pełnym słońcu, więc ważne było wybrać jakąś malowniczą trasę. Padło na Bystre Sedlo ze Strbskiego Plesa. Na początku było mnóstwo ludzi, ale w trakcie długiej wędrówki chyba gdzieś zawracali. Trasa była łatwa i z widokami niemal przez całą trasę. Dzięki możliwej pętelce można było podziwiać wiele szczytów słowackich Tatr z różnych stron, a nawet wejść nielegalnie na Ostrą. Szło się wyjątkowo dobrze i pięknie...

Schodząc w dół miałam ochotę pobiegać jeszcze dookoła Strbskiego Plesa, ale 60 km do Białki Tatrzański czekało, więc tylko pomarzyłam o zrobieniu takiej pętelki...

ŚRODA - dzień 5 - Szpiglasowy Wierch 2114 m, Morskie Oko i Dolina Pięciu Stawów
W środę miałam odpoczywać (tzn. biegać), ale brak deszczu zachęcał do kolejnej wycieczki. W obawie przed kiepską pogodą wybrałam trasę dobrze znaną i jednocześnie moim zdaniem jedną z najpiękniejszych w Tatrach - na Szpiglasowy Wierch.

Trasa do Doliny Pięciu Stawów jak zwykle bardzo szybka - 1,5 godzinki żeby szybko uwolnić się od ludzi i poczuć piękno gór. Na Szpiglasowy Wierch wchodziło się wyjątkowo szybko - nie było widoków, była tylko mgła i chmury, więc nie było się czym zachwycać. Jednak w nagrodę za brak poddania się brzydkiej pogodzie gdy dotarłam na Szpiglasowy Wierch wyszło słońce, a ja znalazłam się ponad chmurami z niesamowitymi widokami. Może nie było widać tych przepaści co zwykle, ale jak zwykle Szpiglasowy Wierch okazał się najpiękniejszy.

Ze Szpiglasowego Wierchu zeszłam do Morskiego Oka. Niestety im niżej tym większa mgła, która w końcu przerodziła się w deszcz. W schronisku zjadłam jednak szarlotkę, wypiłam ciepłą herbatkę i miałam siły na... bieg do samochodu 10 km :-) Tym razem tylko z górki, więc nie zmęczyłam się za bardzo, a poczułam trochę biegowych endorfin :-)

CZWARTEK - dzień 6 - interwały na stadionie w Zakopanem, Gubałówka, Butorowy Wierch
W końcu przyszło załamanie pogody, więc odpoczynek był przymusowy. Jednak czy można zostać w pokoju hotelowym i nic nie robić? Dzisiaj chciałam zrobić dobry trening biegowy, więc pojechałam do Zakopanego na bieżnię żeby pobiegać interwały. Na dwa okrążenia przed końcem przyszedł jednak Pan, który wyrzucił mnie z bieżni... Ehh... Polska... Ale wróciło trochę wspomnień z Olimpiady bankowej - motywacja do biegania była duża :-)

Później urządziliśmy sobie jeszcze z mężem dzień "januszowy" i poszliśmy na Gubałówkę i Butorowy Wierch. W końcu po 4 latach zaliczyliśmy najczęściej odwiedzane "szczyty" Tatr :-) co ciekawe, trzeba tam było nawet płacić za... robienie zdjęcia z górami :-) Tymczasem kompletnie nie było tam nic ciekawego w porównaniu do tras z poprzednich dni. Na szczęście trzymały mnie endorfiny z biegania interwałów i dzień uważam za udany :-)

PIĄTEK - dzień 7 - Gęsia Szyja, Krzyżne 2114 m, Dolina Pięciu Stawów
Ostatni dzień chodzenia po górach czyli... pogoda jest nieważna - trzeba iść :-) Zimno, pada... Coraz częściej pojawiają się myśli żeby skrócić wycieczkę i nie iść na Krzyżne tylko zawrócić przy Murowańcu...

Na początku wycieczki chyba najdłuższe schody świata, a później wędrówka doliną i wspinanie na Krzyżne. Niestety niewiele było widać podczas tej trasy, więc tylko patrzyłam na to oczami wspomnień z wycieczki dwa lata temu.

Kiedy jednak dotarłam na szczyt stał się cud - w ciągu 2 minut wyszło piękne słońce i pojawiły się przepiękne widoki na Dolinę Pięciu Stawów :-) W końcu zrobiło się cieplej i z uśmiechem na ustach można było iść na szarlotkę i gorącą herbatkę, o których marzyłam przez całą trasę na Krzyżne. Po dotarciu do Doliny Pięciu Stawów szybko zeszłam na dół do drogi na Morskie Oko, a potem biegłam do samochodu około 10 km (w tym 3,5 km pod górę bez przerwy!).

Ten tydzień zdecydowanie można było uznać za udany - 7 pięknych wycieczek z wieloma wspomnieniami, widokami i wolnością... Mam nadzieję, że za rok znowu tam wrócę :-) A przy okazji forma do maratonu rośnie ;-)