niedziela, 16 czerwca 2019

X OLIMPIADA BANKU PEKAO CZYLI CUDOWNE CHWILE DLA KTÓRYCH WARTO PRACOWAĆ...



...warto pracować nie tylko nad sobą sportowo, ale warto też pracować w Banku Pekao :-) Nawet mój Mąż widząc na żywo tę imprezę zapytał czy przypadkiem nie mamy wakatów w obszarach, którymi się zajmuje :-) A tym razem było jeszcze bardziej niesamowicie niż zwykle... A myślałam, że po 10 olimpiadach (a właściwie 8 na których byłam) nie można zbyt wiele już wymyślić... Myliłam się - można :-) Organizatorzy jubileuszową olimpiadę zorganizowali wyśmienicie :-) I takie chwile po prostu trzeba utrwalić... Emocje nie opadają... Muszę to przeżyć jeszcze raz ;-)




PRZYJAZD
Jak zwykle termin olimpiady był dla mnie niezbyt szczęśliwy - tym razem miałam zarezerwowany pobyt w Bieszczadach, a na dodatek wdrożenie projektu... Ehh... Wszystko trzeba było przeorganizować, zaliczka noclegowa przepadła, a ja wylądowałam w Zakopanem... Zamienić święty spokój na Krukpówki - trzeba się z głupim na rozumy pozamieniać... Ale... To jest olimpiada! To są najpiękniejsze chwile w życiu! Tego nie można przegapić! Ale czy 8 raz dalej mogą być takie emocje? Czy można jeszcze czerpać z tego przyjemność? Oj można... Dla osób, które kochają sport to są po prostu magiczne chwile...

Koniec końców przyjechałam z Mają i Kubą już dzień wcześniej i jeszcze przed olimpiadą zrobiliśmy 2 wycieczki górskie po 17 km w upale 32 stopnie :-) Piękne widoki sprawiły, że zapomniałam, że mieszkam w Zakopanem zamiast z dala od ludzi, a ja już byłam przeszczęśliwa, że tu jestem... Przecież nie muszę nawet zbliżać się do Krupówek ;-)

1 DZIEŃ OLIMPIADY - OTWARCIE
Zaczęło się... Pierwszy raz otwarcie olimpiady zamiast w piątek rano odbyło się już w czwartek wieczorem - i to już było pierwsze świetne posunięcie organizatorów :-) Wspólne wejście drużyn na stadion (około 600 osób!!!), zapalenie znicza olimpijskiego, film z poprzedniej olimpiady, spotkanie drużynowe, przywitanie przez Prezesów... Nakręciłam się... Emocje tak buzowały, że spałam może ze 3 godziny... Po co się tak stresować? Nie wiem :-) Przecież to miała być przyjemność, a ja spałam mniej niż przed maratonem... To chyba nie jest normalne :-) Na dodatek zostałam kapitanem drużyny biathlonowej chociaż... nigdy nie strzelałam... Zaczęłam się stresować, że nawet nie będę miała siły podnieść karabinku... Tymczasem okazało się, że strzelaliśmy z pozycji leżącej :-) Ale po kolei...

2 DZIEŃ OLIMPIADY - BIATHLON
Jak na kapitana drużyny przystało trzeba było wybrać skład... Nie było łatwo ponieważ prawie nikt się nie zgłosił, więc trzeba było zrobić "łapankę" :-) Najpierw zauważyłam, że Stefan G. jest strasznie szybki - biegał całkiem niedawno dyszkę w okolicach 35 min, więc musiał być dobry :-) Później Artur J. - ambitny, szybko biega na setkę, więc 2 km też powinny być OK. Jeśli chodzi o dziewczyny to było jeszcze trudniej, ale na szczęście Karolina W.  uratowała w ostatniej chwili sprawę... Jednego byłam pewna przed wyścigiem - wszyscy będą mieli serce do walki, a to najważniejsze :-) Ja chciałam stchórzyć przed biathlonem, bo nigdy nie strzelałam, a poza tym biathlon nakładał się z siatkówką, ale... skoro już zostałam kapitanem trzeba było powiedzieć "B"...

Najpierw krótkie szkolenie i 5 próbnych strzałów (jak się okazało, można trafić bez większego problemu!!!), a później start na patelni w temperaturze 32 stopnie... Sztafeta... Rozpoczął Stefan i... po pierwszym kółku pierwszy, po strzelaniu pierwszy, po drugim kółku - też pierwszy! Wow! No to teraz trzeba cisnąć... Jest szansa na medal. Na drugiej zmianie Karolina - dała z siebie wszystko! Serce do walki jest w takich chwilach najważniejsze, a ona zostawiła go z pewnością sporo na tej trasie... Dziękuję! Przybiegła w czołówce! Później moja zmiana - cisnę... Pierwsze kółko spoko - to tylko około kilometra... Ale zaczęło się strzelanie... 3 pierwsze strzały to pudło... Kurcze... Siara... Skup się... Następne trafione 5/5 :-) Bez rundy karnej wybiegam na drugie kółko... Wyprzedzam raz za razem różnych zawodników i... kończę na pierwszym miejscu :-) Następna zmiana - Artur.  Trochę mu się przytyło od stanowiska dyrektorskiego, więc nie mogłam wyczuć jego formy, ale wiedziałam, że nie odpuści :-) I tak było :-) Do mety dobiegł drugi :-) Mamy pierwszy medal drużynowy!!! Jupi!!!




 

2 i 3 DZIEŃ OLIMPIADY - SIATKÓWKA
No cóż - od jakichś 5 lat nie mamy już dobrego składu siatkarskiego, nie trenujemy razem, a ja gram w siatkę regularnie - raz do roku na olimpiadzie :-) Nie można wymagać wiele od takiego składu chyba, że... ma się szczęście :-) I tak było właśnie teraz :-) To nawet było przeszczęście :-) Zupełne przetasowania w składach sprawiły, że pierwszego dnia wyszliśmy z grupy z pierwszego miejsca, a drugiego dnia trafiliśmy na najsłabszą drużynę z ósemki... Nie chcę mówić, że jesteśmy kiepską drużyną, bo w ten sposób awansowaliśmy do czwórki, ale wciąż mam przed oczami drużynę wicemistrzowską i... to była zupełnie inna gra... Tym razem "fuksem" zajęliśmy 4 miejsce, ale... w sporcie też trzeba mieć szczęście więc... cieszmy się :-) Za to w piłce nożnej mieliśmy nieszczęście - w całym turnieju straciliśmy 1 bramkę, a zajęliśmy dopiero 5 miejsce... Niestety się wyrównało ;-)



2 i 3 DZIEŃ OLIMPIADY - KOSZYKÓWKA 
W końcu dyscyplina, na której najbardziej mi zależało :-) Gramy ze sobą cały rok (dzięki olimpiadzie kilka lat temu!), w zeszłym roku zdobyliśmy złoto i po prostu mamy świetny skład :-) Właściwie najlepszy ze wszystkich lat... Powrót bez medalu to byłoby wielkie rozczarowanie i łzy...

Już w pierwszym meczu spotkaliśmy z Korporacją - bardzo dobry skład z Piotrkiem, Konradem i Adamem, których znamy z poniedziałkowych gier. Wiedzieliśmy, że będzie bardzo ciężko. Oni też wiedzieli... Ten mecz decydował właściwie o tym, czy spotkamy się Czerwonymi następnego dnia (poważni kandydaci do mistrza, ostatecznie byli trzeci), czy zagramy z jakąś przeciętną drużyną. Bardzo ważny mecz... Pierwszy... Zaczęło się bardzo nerwowo - właściwie punkt za punkt. Na szczęście wpadły dwie trójki Łukasza i zapanował spokój...  Natomiast przeciwnicy się denerwowali na siebie i skończyło się 25:6 dla nas :-) Piękne rozpoczęcie!

Kolejne 2 mecze to tylko formalność - właściwie nie trzeba było nawet za bardzo biegać, a punkty same wpadały :-) Nawet ja trafiałam, bo jak nie ma presji to od razu idzie :-) I tak po tych łatwych meczach trafiliśmy do półfinału z Ryzykiem...

Ryzyko znamy od lat - gramy z nimi w poniedziałki, ale... chyba nie trafiliśmy nigdy na siebie na olimpiadzie :-) Teraz miał być ten pierwszy raz i... wiedzieliśmy, że będzie ciężko i będą nerwy, ale finał jest w zasięgu... Niestety zgodnie z przewidywaniami - punkt za punkt, dużo fauli i nerwów. Ja również wychodząc sam na sam z koszem oberwałam kolanem w piszczel bo przecież nieważne że chłop waży dwa razy tyle co ja, ale najważniejsze to zatrzymać przeciwnika... Zdenerwowałam się strasznie i gdybym mogła to bym strzeliła mu plaskacza na boisku, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Bo co by było gdyby złamał mi nogę? Piłka go nie interesowała tylko to żebym nie oddała rzutu... Zresztą kryjąca mnie Ania i łapiąca mnie cały czas za ręce plus sędzina, która tego nie widziała też spowodowały dużo u mnie nerwów... Na szczęście po nerwowym początku wszystko wróciło na właściwe tory :-) Wpadły ważne punkty i właściwie w drugiej połowie dobrze kontrolowaliśmy spotkanie :-) Mamy finał!!!

Niestety w finale po raz kolejny trafiliśmy na Południowo-Wschodni... Trzy lata temu przegraliśmy z nimi dwa razy - w grupie i... właśnie w finale... Właściwie drużyna, która gra jednym zawodnikiem, który upycha się pod koszem masą i umiejętnościami z ligi koszykarskiej, w której gra... Nie umiała go zatrzymać żadna drużyna... My również... Po meczu przyszły łzy, ale trzeba przyznać - byli lepsi... Po fakcie myślę, że wystarczyło przyjąć inną strategię w obronie i ataku, ale... to łatwo powiedzieć teraz, bez nerwów, po długich przemyśleniach... Może za rok się uda :-) A teraz trzeba świętować srebro - przed olimpiadą wzięłabym w ciemno :-) 


W TAK ZWANYM MIĘDZYCZASIE...
W międzyczasie organizatorzy spisywali się wyśmienicie :-) Strefa relaksu z masażami, jogą, lodami, owocami i różnymi atrakcjami, zbudowanie wspólnej maszyny przez wszystkie zespoły, rozgrzewki, strefy kibica, telebimy ze zdjęciami z olimpiady, a wieczorami oscypki i piwo na trawce na leżaczkach pod gołym niebem... Czy można chcieć czegoś więcej? :-) Chyba tylko tego, żeby olimpiada nie trwała 4 dni tylko co najmniej 4 tygodnie :-)

ZAKOŃCZENIE
Dla naszej drużyny zdecydowanie nieoczekiwane - 3 miejsce w generalce i radość, która trwała do rana :-) Puchar jest nasz!!! Przestało się liczyć 2 miejsce w biathlonie, 2 miejsce w koszykówce czy 4 miejsce w siatkówce... Zajęliśmy 3 miejsce w generalce!!! Chyba po jakichś 5 latach!!! Podium, konfetti, "Simply the best"... Czułam się jak byśmy zdobyli mistrzostwo świata :-) Nie zrozumie tego nikt, kto nie kocha sportu, ale ja te wspomnienia zachowałam na całe życie... Dla takich chwil warto żyć :-) Potem jeszcze koncert na żywo do 2 w nocy i impreza do rana :-)

Ps. Czy ktoś z moich znajomych ma możliwość uczestniczenia w firmie w takim wydarzeniu? Wątpię... Ale jeśli tak to dajcie znać bo tylko do takiej firmy mogłabym wysłać swoje CV ;-)



niedziela, 26 maja 2019

BIEG MAM CZYLI WYMARZONY DZIEŃ MAMY ZE ZWYCIĘSTWEM W TLE

Jak najlepiej świętować Dzień Mamy? Oczywiście na biegowo :-) Od zeszłego roku Bieg Mam to obowiązkowy bieg na mojej liście startów. Dlaczego? Bo dla mnie ten bieg to po prostu najlepszy sposób na świętowanie jednego z najpiękniejszych dni w roku czyli Dnia Mamy :-) Pomimo dziecka czy pracy jestem w stanie dalej biegać i realizować swoją pasję, a ten dzień dodatkowo mi o tym przypomina. I chociaż wiąże się to często ze wstawaniem po nieprzespanej nocy o 5 rano żeby nie poświęcać czasu rodzinnego to jednak taki bieg pokazuje, że warto... I pokazuje też innym zabieganym mamom, że można znaleźć czas dla siebie (nie tylko na bieganie wokół swojego dziecka)

W tym roku impreza bardzo się udała - piękna pogoda (chociaż do biegania może nie najlepsza bo upał straszny, ale czego nie robi się dla dzieci - można też biegać w upał i być szczęśliwym), super atmosfera i dużo lepsza trasa niż przed rokiem - tylko dwie pętle ;-)

Na imprezie zameldowało się prawie 200 mam, w tym świeżo upieczona mama 3-miesięcznego Krzysia czyli moja siostra :-) Jestem z niej dumna, że tak szybko wróciła do sportu po porodzie i na dodatek zajęła 14 miejsce! Gratulacje! Bałam się, że jak większość mam utknie w domu i nie będzie miała czasu dla siebie ale na szczęście posłuchała rad starszej siostry ;-) Mam nadzieję, że w przyszłym roku też będziemy biegły razem, a najchętniej jeszcze z naszą Mamą, która ma duszę sportowca, ale jeszcze brakuje jej odwagi żeby wystartować w jakimś biegu.

A wracając do mojego biegu to... nie ma tutaj zbyt wiele do opowiadania :-) Całą trasę biegłam pierwsza i na dodatek sama, więc przynajmniej nikt nie musiał słuchać mojego sapania :-) A niestety trochę było, bo pierwszy raz w tym roku biegałam w takim upale. Ale tak bardzo marzyło mi się, żeby tak jak przed rokiem wbiec z Mają na
metę :-) W zeszłym roku na rękach, a w tym roku na nóżkach :-) Widząc swoją przewagę wiedziałam, że mogę sobie na to pozwolić bo i tak mimo końcówki z Mają byłam 1,5 minuty przed drugą dziewczyną (na trasie około 5 km). Byłam pewna, że będzie chciała ze mną biec, bo ona nie umie chodzić :-) Albo biegnie, albo zatrzymuje się oglądać kwiatki, drzewka, kamyczki, robaczki i wszystko inne czego dorośli nie mają już czasu oglądać :-)

Mój sezon po maratonie już dawno się skończył, więc takie miłe przerywniki od zwykłych treningów są na wagę złota i z pewnością motywują do dalszych treningów :-) Jest pięknie :-) 

A za tydzień... półmaraton Lublin :-) Nie wiem kto wpadł na pomysł żeby wystartować w półmaratonie po zakończeniu sezonu, ale może być ciekawie... Sama jestem ciekawa jak szybko doczłapię się do mety pomimo zapowiadanego upału, falowanej trasy i... słabszych treningów... Jest to jednak przede wszystkim wyjazd rodzinny, więc co by się nie działo na trasie, na mecie już będzie fajnie :-)

Na koniec jeszcze wielkie podziękowania dla mojego Taty, który zajął się Majeczką podczas mojego biegu i wszystkiego najlepszego dla Mamy, która niestety w tym roku musiała w tym czasie pracować... Mam nadzieję, że za rok uda się być w pełnym składzie na tym wyjątkowym wydarzeniu :-)



 Ps. Dziękuję Festiwal Biegów za super zdjęcia z mety i za cudowną pamiątkę na całe życie!

niedziela, 14 kwietnia 2019

ORLEN WARSAW MARATHON CZYLI WYWALCZONE SERCEM NOWE ŻYCIE...

Tak, tak, tak! Udało się! Nie, nie... Źle zaczęłam... Nie udało się tylko ciężko na to zapracowałam! Wstawaniem o 5 rano, bieganiem w zimnie, deszczu czy przy ogromnym wietrze... Kiedy na ogromnym zmęczeniu mimo wszystko wychodziłam na trening i nigdy nie odpuszczałam... Nie odpuściłam też na maratonie... Serce wygrało!

PRZED STARTEM
Pomimo tego, że to już mój szósty maraton to stres przedmaratoński wciąż nie maleje... Ba! Im życiówka bardziej wyśrubowana tym wydaje się, że będzie ciężej... I jest... Tym razem w marzeniach miała przeszkodzić: trasa maratonu  - wydawała się bardzo trudna (kilkusetmetrowe podbiegi na 19 i 33 km), wiatr, duży stres w pracy przez ostatnie dwa tygodnie (tak, wiem... po co?) i... okres, który pojawił się dzień przed maratonem chociaż powinien pojawić się 4 dni po...

Ale były też rzeczy, które dawały chociaż cień nadziei, że jednak będzie dobrze - kabacka życiówka na dyszkę pomimo tego, że wciąż trwały przygotowania do maratonu, Kuba z Majeczką na trasie i... najlepsza pacemakerka na świecie - Marta :-) To dawało mi wewnętrzny spokój... Zresztą bez względu na wynik po prostu chciałam wystartować bo przygotowywałam się właśnie pod ten start, byłam zdrowa i po prostu każdy maraton jest magiczny :-)

NA TRASIE
Na starcie zakładałam prostą taktykę - bieg po 4:20 i może uda się jakoś dowlec do mety w czasie poniżej 3:05. Łatwo zaplanować, trudniej zrobić :-)

Na początku trzeba było biec z głową :-) Na 16 km miała na mnie czekać Marta, więc chciałam tam dobiec w pełni sił. Pomimo wiatru biegło się lekko i przyjemnie, a ja musiałam się hamować przed szybszym krokiem. Do Marty dotarłam w dobrym stanie, a w dodatku czekała tam na mnie niespodzianka - Marta nie była sama tylko z Mistrzem Marcinem :-) Z taką obstawą to wstyd byłoby się poddać. Wystarczyło się tylko trzymać ich pleców... Nawet wodę mi podawali! Nie mogłam się skompromitować, więc trzeba było biec... chociaż do Tamki...

Pierwszy podbieg na 19 km nie okazał się taki straszny jak myślałam i wciąż wszystko było pod kontrolą. W połowie dystansu chciałam się czuć jakbym dopiero wyszła z domu i... tak się czułam :-) Ba! Miałam nawet ponad minutę zapasu do zakładanego czasu i komfort psychiczny przed Tamką... Czy mogło być lepiej?

Tak! Na jakimś 23 km czekała na mnie kolejna niespodzianka czyli moja siostra z rodzinką! Tak głośno mi dopingowała, że aż obudziła Krzysia, który ma raptem 1,5 miesiąca... Dzięki tej niespodziance nogi dalej niosły, a czekał mnie jeszcze zbieg na 25 km...

Zatem pomimo wiatru, który momentami nie urwał mi głowy, biegło się całkiem przyjemnie. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść... Tamka... Starałam się o niej nie myśleć i skupiać tylko na konkretnym kilometrze, ale... po przekroczeniu magicznej trzydziestki poczułam, że jednak nogi zrobiły się odrobinę cięższe... Coraz więcej biegaczy na trasie stawało i poddawało się... A to przecież jeszcze przed Tamką! Jak tu przetrwać? A potem jeszcze 10 km... 10 koszmarnych kilometrów! Może się jednak poddać?

Dobiegliśmy do Tamki, a ja miałam czarne myśli... Łydki stały się jak z ołowiu, a najbardziej bolały mnie... dłonie... Być może od polewania zimną wodą nie czułam, że zamarzają, ale po prostu jakby mi zdrętwiały... Pierwszy raz miałam takie uczucie... Nie wiem co to było, bo przeszło zaraz za metą, ale niesmak pozostał...

Na dole Tamki jeszcze spora grupa kibiców Dream Run i Bożenka, która krzyknęła, że złamała 40 min... Jeszcze raz gratulacje! Już dawno jej się należało! Ale wracając do biegu to... przepraszam, że nawet nic nie odmachałam za bardzo i się nie uśmiechałam, ale... właśnie zaczynał się mój koszmar...

Po wbiegnięciu na Tamkę nogi zwyczajnie zrobiły się jak kołki... Niby biegłam, ale jakby nie na swoich nogach... W tym momencie dołączył też do mnie Kuba z Majką na rowerze... Wszystko fajnie, tylko ja  nawet nie miałam siły odmachać! Było mi strasznie przykro, że nie mam siły uśmiechnąć się do Mai czy przybić z nią piątkę... Ale ja po prostu padłam... Gdy mój mąż stwierdził, że pojedzie jeszcze chwilę inną trasą to ja się nawet ucieszyłam, że nie będą widzieć mnie w tym paskudnym stanie...

Biegłam, ale miałam wrażenie że zwalniam z każdym krokiem... Zaczęłam odliczać kilometry, ale jakoś mijały bardzo wolno... Marcin z Martą tylko mnie poganiali i chyba udawali, że jest bardzo dobrze, bo wymijam kolejnych biegaczy... Pewnie tak było, ale ja i tak miałam wrażenie, że biegnę wolno, że nogi wcale nie kręcą się tak jak na początku, a ja po prostu muszę walczyć o każdy krok...

Zostały 4 km... 4 paskudne kilometry... Ale z drugiej strony... to tylko jedna pętla wokół SGGW :-) Tyle pętli wokół SGGW zaliczonych z dużo gorszym oddechem, więc może jeszcze tę jedną wytrzymam?

Było coraz więcej kibiców... Wszyscy zagrzewali do walki, w tym oczywiście najbardziej Marta z Marcinem... Każde słowo "Ania" w tłumie dodawało wielu sił... Niby tak niewiele, a ja wtedy po prostu dodatkowo walczyłam...

Kiedy Marcin powiedział, że życiówka jest już dawno Twoja, a teraz tylko walczę o wynik to nie do końca chciało mi się wierzyć... Jednak zegarek nie kłamał - ja to już praktycznie miałam na wyciągnięcie ręki! Postanowiłam jeszcze nieco przyspieszyć, ale tuż przed linią mety zwolniłam żeby delektować się tą chwilą... Zrobiłam to! 3:03:47, 16 miejsce OPEN i 8 Polka :-)

Jest nowe życie!!! Wiem, że warto walczyć o swoje, że wszystko można jeśli się czegoś bardzo pragnie, że w życiu najważniejsza jest rodzina, ale też, że bez pasji nie ma życia :-)  Moja głowa jest teraz bardzo mocna i wiem, że mogę zacząć marzyć o 2:59:59... Pewnie jeszcze nie w tym roku, ale małymi kroczkami, z takim wsparciem... Będę walczyć o kolejne nowe życie :-)

A wracając do maratonu - wciąż uważam, że maratony to najpiękniejsza biegowa przygoda :-) Dyszki, piątki czy półmaratony nigdy nie dają mi takiej satysfakcji jak jednak walka na maratonie... Tutaj trzeba walczyć nie tylko  mięśniami i oddechem, ale przede wszystkim sercem :-) A ja serce do walki mam duże :-)

PO BIEGU
Po biegu oczywiście zasłużone "chamskie" jedzonko w najlepszym towarzystwie Marty i Artura :-) No i dwa razy do roku (po maratonach!) należne mi piwo pomimo trwającego karmienia piersią :-) Za to w domu Kuba stwierdził, że musi się przespać, bo cały dzień się dzieckiem zajmował, więc jest bardziej zmęczony ;-) Patrząc na endorfiny, które mnie trzymają, to chyba rzeczywiście mogła to być prawda :-)

PODZIĘKOWANIA
Niby biega się łatwo - noga za nogą i do przodu, ale gdyby nie odpowiednia motywacja i ludzie wokół to na pewno nie byłoby sukcesu :-) Dlatego wielkie podziękowania dla:
- Kuby i Majeczki - są moją wielką motywacją
- Rodziców i Teściów - że zawsze mogę liczyć na ich wsparcie, też w zakresie odżywiania i regeneracji ;-)
- Mojej Siostry - że wierzy we mnie bardziej niż ja i robi dobre niespodzianki :-)
- dla Artura - za plany treningowe i wsparcie gdy moja głowa się poddaje
- dla Marty - za olbrzymie wsparcie na trasie, ale też przed trasą, na GPW i w ogóle za super rozmowy i ciepło, które w sobie ma
- dla Marcina - za niespodziankę na trasie i pokrzepiające teksty, które zaprowadziły mnie do celu
- dla Bożenki i Jędrzeja, że zawsze wysłuchują moich narzekań biegowych, a wciąż ze mną rozmawiają ;-)
- dla Peli - za serce do biegania
- dla Ani i Radka - bo zawsze czuć od Was zrozumienie
- dla pozostałych osób z Dream Run i innych dalszych i bliższych znajomych biegowych - za wielkie wsparcie i kibicowanie
- dla znajomych niebiegowych - za kibicowanie i wiele ciepłych słów...

Teraz czas wrócić do rzeczywistości i zaplanować pomaratońskie życie :-) Kilka dni na regenerację i znowu wracam na biegowe ścieżki :-) Najważniejsze, że dzięki maratonowi znowu mogę  przenosić góry, a świat jest mój ;-) Dla takich chwil warto żyć :-)

niedziela, 7 kwietnia 2019

GRAND PRIX WARSZAWY CZYLI TRZY BIEGI I TRZY TRZECIE MIEJSCA


Grand Prix Warszawy – niewinny bieg na 10 km… Bieg, który uwielbiam i zarazem przeklinam ze wszystkich sił… Uwielbiam, bo spotykam tak całą biegową rodzinkę, znam tam prawie wszystkich i jest tam na pewno najlepsza atmosfera pod względem biegowym. Rzadko przychodzą tam osoby wstające od biurka bo bieganie jest modne i trzeba wziąć udział tak jak w Biegnij Warszawo czy Biegu Niepodległości bo biegnie znajomy, kolega, koleżanka, żona, matka czy kochanka... Tam przychodzą prawdziwi pasjonaci i dlatego jest to bezcenne :-) Poza tym jest to bieg w lesie, a więc żadna pogoda nie jest straszna - wiatr, słońce, deszcz - w lesie zawsze jest przyjemnie :-)

A dlaczego nie lubię (żeby nie użyć gorszych słów...)? Bo to nie są docelowe starty… To są tylko treningi… Co dwa lub trzy tygodnie... Tylko i aż… Samej nigdy bym się nie zmusiła do tak szybkiego biegu, a gdy już startuję treningowo to jednak z reguły na maksa i… z reguły bez odpuszczania na treningach… Efekt? Nogi często ciężkie, łydki zawalone… I jeszcze bieg na maksa… Czy to może być przyjemność? Chyba tylko po biegu gdy wynik jest satysfakcjonujący :-)

A tak się właśnie stało podczas trzech ostatnich biegów – trzy trzecie miejsca i trzy czasy zbliżone do 40 minut czyli moich życiówek :-) Czasy: 40:21, 39:57 (kabacka życiówka!), 40:27 :-) I jak tu nie być zadowoloną? Ja jestem bardzo :-) Ale co się namęczyłam to moje :-) Kiedyś z takimi czasami podium byłoby pewne… Ba! Mogłabym biec nawet minutę wolniej! Teraz z podium mogę się pożegnać na dłużej, więc cieszę się jak dziecko kiedy uda się je wywalczyć i kiedy mogę tam stanąć z Majeczką :-) To jest magiczna chwila… Może to jest mały bieg, ale ja jestem najszczęśliwsza na świecie :-) Prawie jakbym wygrała na olimpiadzie :-)

Pierwszy bieg – uparłam się, że do 5 km przytrzymam się Mart bo był duży wiatr… Jak postanowiłam tak zrobiłam, ale w drugiej części dystansu cierpiałam strasznie… Za szybki początek :-) Czy to mnie czegoś nauczyło?

Drugi bieg – prawie idealna pogoda… Postanowiłam powalczyć o złamanie 40 min… Czułam, że jestem gotowa, chociaż łydki nie do końca były przekonane… Taktyka – trzymanie Mart ile dam radę… Sił wystarczyło do 7 km :-) Potem była walka ze sobą i od niepamiętnych czasów zakwasiłam sobie uda… Musiało być mocno :-) Ale udało się – 39:57 i wielka nadzieja na dobry sezon :-) Taktyka wciąż słaba, bo początek za szybki, ale jednak czas i podium... Dla takich chwil warto żyć :-)

Trzeci bieg – męczarnia… Nogi ciężkie jeszcze przed biegiem, więc jak tu startować? Za szybki początek mnie zniszczył… Pierwsze pięć kilometrów były znośne (dzięki Marta za trzymanie tempa!), ale potem zaczęło się umieranie… Gdyby nie Mąż i Majka na 9 kilometrze to chyba bym stanęła i krzyknęła na cały las – „Po co mi to?” Ale dobiegłam… W trakcie myślałam jeszcze o tym, że na maratonie może być dużo gorzej… Zamiast 5 km masakry może być ich 30… I jak wtedy poradzi sobie głowa? Z 5 km sobie poradziła… Może więcej też wytrzyma ;-)

Priorytet wciąż jest jeden – maraton :-) Oby dobre starty w GPW przyczyniły do kolejnego, nowego życia po maratonie ;-) Trzymajcie kciuki!

Ps. Dziękuję za super zdjęcia mojemu Mężowi i ActiveSports... Chwile do zapamiętania na całe życie :-)


niedziela, 31 marca 2019

PÓŁMARATON WARSZAWSKI CZYLI TRENING POD MARATOŃSKIE MARZENIA...

Półmaraton Warszawski jest na mojej obowiązkowej biegowej liście już od 2011 r., więc nie mogło mnie zabraknąć również w tym roku. Odkąd zaczęłam biegać ominęłam tylko jeden półmaraton jak byłam w 4 miesiącu ciąży... Za duże ryzyko, żeby mnie poniosło ;-) Teraz pomimo tego, że do maratonu zostało 2 tygodnie musiałam po prostu po raz kolejny odsłuchać "Sen o Warszawie", poczuć wiosenne słoneczko i tę najlepszą biegową atmosferę... Cel był jeden - zrobić dobry trening pod maraton, ale też... nie za mocno! Czy się udało? Czas pokaże...

Przed startem mimo wszystko trochę stresu - długie kolejki do toalety, tłumy… Gdy usłyszałam odliczanie do startu 3, 2, 1… wyszłam właśnie z toalety i dokleiłam się do ostatniego pacemakera na 1:30… Uff… Zdążyłam… Nie udało się co prawda spotkać z nikim z Dream Run żeby pobiec razem, ale przynajmniej miałam szansę biec w grupie czyli w razie wiatru i kryzysu zawsze łatwiej i przyjemniej :-)

Pierwsze kilometry mijały bardzo szybko… Wiedziałam, że pierwsza część trasy jest w dół, więc powinno być lekko, ale… niestety wcale tak lekko nie było… Oddech spoko, mięśnie spoko, ale… to słońce! Gorąco! Jak tak dalej pójdzie to po prostu nie dam rady? A co będzie na maratonie? Koszmarne myśli zaczęły mnie nachodzić… Ale biegłam i starałam się przybijać piątki, uśmiechać się i zgodnie z założeniami – nie biec „z grymasem na twarzy” :-) Chyba tak było, ale marzyłam o tym, żeby jednak słoneczko schowało się za chmurki... Co więcej – na pierwszych dwóch bufetach było tragicznie – straciłam tam co najmniej kilkadziesiąt sekund! Tłum, przepychanie, zwalnianie, przyspieszanie… Oj, dobre doświadczenie przed maratonem! Muszę nauczyć się lepiej ustawiać, bo bez wody nie dam rady, a takie wytracanie rytmu jest bardzo słabe… Po pierwszym bufecie zając uciekł mi na dobrych 30 m i gonienie go mimo wszystko kosztowało sporo sił…

Wciąż biegłam z uśmiechem na ustach i… od 14 km zaczęłam zauważać, że ludzie po prosu zwalniają! Mi za to biegło się coraz lżej, bo słoneczko było z tyłu i w końcu nie było mi tak gorąco jak na plaży… Po drodze do 21 km spotkałam sporo biegowych znajomych… Niestety wśród nich Bożenkę i Pelę, ale coś czuję, że dziewczyny jeszcze pokażą swoją formę w tym roku :-)

Na Wisłostradzie było już cudownie :-) Zostały 4 kilometry, a nogi niosły… Czułam, że mogę przyspieszyć, ale cały czas miałam w głowie maraton za dwa tygodnie… I tak zapowiadał się czas poniżej 1h 30 min, więc wydawało mi się za szybko… Po prostu biegłam i szukałam wśród kibiców Majeczki z moim Mężem… Pojawiła się myśl, że może wbiegnę z Majeczką na metę? Niestety, a może na szczęście, był taki tłum kibiców, że ich nie wypatrzyłam. Ale za to 200 ostatnich metrów to doping nieznajomego biegacza – oj poniosło mnie wtedy :-) przyspieszyłam na maksa i jeszcze go wyprzedziłam :-) Szybko włącza mi się nutka rywalizacji ;-)

Na mecie zameldowałam się jako 29 kobieta i 1 blogerka z czasem 1:28:54 – mój drugi wynik w historii!!! Super czas!!! Patrząc na to, że nie biegłam optymalnie (rzadko przy krawężnikach), straciłam mnóstwo czasu przy wodzie i na dodatek biegłam oszczędzając siły to… aż nie chce mi się wierzyć, że taki dobry czas wybiegałam :-) Boję się trochę, że za mocno, ale maraton i tak rządzi się swoimi prawami, więc po prostu nigdy nie wiadomo co się wydarzy…

A po półmaratonie super tradycja - "chamskie" jedzenie: burgery, pizza, lody... Dobrze, że bieganie "wybacza" takie dobre jedzonka :-) Super, że po takim biegu można iść gdzieś całym zespołem i poczuć się częścią biegowej rodziny :-) Dzięki! 

Maraton zbliża się wielkimi krokami, a ja boję się go jakbym biegła pierwszy raz… Wybrałam Orlen bo w zeszłym roku była szybka trasa… W tym roku organizatorzy chyba sobie z nas zażartowali i wyznaczyli dwa gigantyczne podbiegi w drugiej części trasy, a na dodatek nie biegniemy na mój ukochany Ursynów… Gdybym to wcześniej wiedziała prawdopodobnie wybrałabym inny maraton (Łódź?), ale cóż – najwyżej nie będzie życiówki i będzie cierpienie… Ja wiem, że zrobiłam wszystko żeby ten maraton był dla mnie najpiękniejszą biegową przygodą… Bo właśnie maraton jest dla mnie tym magicznym biegiem, moim ulubionym, w którym można zyskać nowe życie… 


sobota, 16 lutego 2019

1 GRAND PRIX WARSZAWY CZYLI SEZON 2019 ROZPOCZĘTY :-)


Czasami są takie chwile, że zastanawiam się po co wstaję o 5:15 zamiast w końcu się wyspać, po co męczę się na treningach zamiast po prostu potruchtać  od czasu do czasu, po co moknę i marznę zamiast obejrzeć jakiś dobry film? I wtedy po 3 miesiącach takich mieszanych uczuć  przychodzi pierwszy start… Bez większych nadziei (bo co to za treningi na zmęczeniu), z wieloma myślami żeby po prostu nie przyjechać… I… kończysz ten bieg zwycięstwem :-) Wiem, że to mały bieg, że nie było kilku osób, że czas daleki od jesiennych startów… ale Wygrałam :-) I jest moc na najbliższe treningi i cel numer jeden czyli MARATON :-)

A jak to wszystko wyglądało? Rano porażka… Zupełnie zapomniałam co zabiera się na bieganie na zawodach i wyszło lekkie opóźnienie… Ba… Nie zdążyłam sprawdzić prognozy pogody, a z ostatniej wynikało, że ma być 9 na plusie i pełne słońce… Dla mnie to jednoznaczny sygnał – biegnę na krótko :-) I tak będzie za gorąco…

Niestety na rozgrzewce się okazało, że w ciągu kilku godzin prognoza się zmieniła – słońca brak i… zimno… A ja miałam tylko krótkie spodenki i… jakąś bluzkę z długim rękawem do treningów… No nic – nauczka na przyszłość :-) Dobrze, że to tylko Kabaty, a nie jakiś docelowy start :-)
Na starcie gęsia skórka na nogach i oczekiwanie, żeby szybko nas puścili… Niestety było opóźnienie 5 minut! Ale cóż – trzeba płacić za brak organizacji…

Wystartowałyśmy… Pech chciał, że było mi zimno, więc postanowiłam się nie oglądać na inne dziewczyny – trzeba było się rozgrzać :-) Błoto, zimno… Chciałam mieć to już za sobą… Niestety (a może na szczęście?) po kilkuset metrach okazało się, że biegnę pierwsza i… muszę tak ciągnąć dopóki ktoś mnie nie wyprzedzi… Czekałam tylko na to kiedy to nastąpi, ale… na nic takiego się nie wydarzyło, a ja czułam się jak na treningu :-) Nogi lekkie, oddech jak na start znośny (jeszcze nie doszłam do etapu umierania) i myśl, która mnie trzymała przez cały bieg – na mecie czekają na mnie Moje Szczęścia :-) Trzeba było tylko utrzymać tempo i dobiec… I udało się! 1 miejsce! Czas daleki od ideału 41:18, ale uśmiech na mecie i brak padnięcia mówił sam za siebie :-)

Wiem, że w kolejnych biegach będzie dużo trudniej - wrócą Marty, Bożenka, Pela... Ale w tej chwili nie ma to znaczenia :-) Trzy miesiące pracy spłaciły się w jednej chwili :-) I przede wszystkim pojawiła się nadzieja, że maraton nie będzie porażką, a kolejną, piękną przygodą :-)

Ps. Dzięki ActiveSports za super zdjęcia! 

niedziela, 11 listopada 2018

BIEG NIEPODLEGŁOŚCI WE WROCŁAWIU CZYLI ZWYCIĘSTWO W BIEGU Z WĄSEM

Po Gdańsku ciężko było zmobilizować się do treningów bo chciałam już zakończyć sezon biegowy i trochę dać odpoczynku przede wszystkim głowie, ale... nie pobiec w Biegu Niepodległości? Może chociaż z wózkiem, bez presji i z uśmiechem na ustach? I wtedy okazało się, że poniedziałek jest wolny, więc trzydniowy weekend trzeba było wykorzystać - wyjeżdżamy!!! Tylko gdzie? Właściwie prawie w każdym mieście był organizowany Bieg Niepodległości, więc wystarczyło wybrać miasto :-) Padło na Wrocław, bo mój Mąż namawiał mnie do takiej wycieczki już od jakiegoś czasu, a że zapowiadała się piękna pogoda (słoneczko i 14 stopni!!! 11 listopada!!! Nie pamiętam takiego ciepła...), to stwierdziłam, że jest to idealna okazja :-) Tym bardziej, że na następne wyjazdy szybko się nie zapowiadało, bo przecież niedługo zima...

Wyjechaliśmy w sobotę o 6 rano i plan był prosty - na początek zwiedzanie ZOO... Dobrze byłoby też za bardzo nie zmęczyć się przed niedzielnym biegiem, ale... tam po prostu nie da się spędzić TYLKO 2-3 godzin! Wrocławskie ZOO jest po prostu przecudowne i szczerze mówiąc nie wiem jak ja teraz będę chodziła z Majką do Warszawskiego ZOO... Chyba trzeba będzie częściej odwiedzać Wrocław :-) Tak czy inaczej spędziliśmy tam 6 godzin, a i tak najchętniej zostalibyśmy jeszcze kilka :-) Nogi wieczorem odpadły i... nawet nie miałam siły wyjść na roztruchtanie przed niedzielnym biegiem... Po prostu po przyjściu z ZOO padłam... No trudno... To nie miał być docelowy start tylko uczczenie 100-lecia niepodległości Polski i rodzinny wyjazd do Wrocławia, więc za bardzo się tym nie przejmowałam...

Na linii startu stanęłam zmęczona po zwiedzaniu ZOO i z... zakwasami w pachwinach po przejechaniu w piątek na hulajnodze jakiś 12 km (mięśnie nieprzyzwyczajone po prostu padły)... Nie liczyłam zatem na super wynik czy miejsce... Po prostu chciałam żeby się szybko bieg skończył, bo przecież zaraz miało być zwiedzanie wrocławskiego rynku, który również miał być jednym z piękniejszych w Europie (i był! Potwierdzam!) :-)

Na początku tradycyjnie wyrwałam... No bo przecież po co słuchać trenerów, którzy mówią żeby nie zaczynać za szybko? Pierwsze pół kilometra w tempie 3:40... "Bosko! Zaraz będę umierać..." Co ciekawe przede mną widziałam tylko jedną dziewczynę! Na takim duuuużym biegu! Zupełnie się tego nie spodziewałam, ale słabe nagrody po prostu nie przyciągają zawodniczek czy byłych zawodniczek tylko amatorki :-) Mimo wszystko tylko czekałam aż inne dziewczyny zaczną mnie wyprzedzać, ale... nic takiego się nie działo! Ba! To ja właśnie doganiałam pierwszą biegnącą dziewczynę i... na 4 kilometrze nawet ją wyprzedziłam! Szalony pomysł, bo sama już dyszałam jak lokomotywa, a do mety było jeszcze 6 km!!! 6 masakrycznych kilometrów!!!
Za chwilę zobaczyłam Męża z moją ukochaną Kruszynką i chociaż przez chwilę zrobiło mi się lepiej... Wbiegliśmy na stadion i tam mnóstwo dopingujących kibiców, więc nogi i oddech jakoś dały odpocząć... Niestety zaraz znowu wybiegliśmy ze stadionu i zaczęła się walka... Na domiar złego nie zdążyłam na stadionie złapać kubeczka z wodą... A było straaaasznie gorąco - 14 stopni i patelnia... Mój organizm już dawno nie biegał w takiej temperaturze, więc chyba się zagotowałam... W głowie cały czas toczyłam walkę "Nie dasz rady, zwolnij, po co ci to...Co za różnica czy będziesz pierwsza, druga czy dziesiąta... Już swoje zrobiłaś w tym sezonie"... 

I wtedy z pomocą przyszedł mi nieznajomych chłopak z butelką wody... Nie dość, że poczęstował mnie swoją wodą, to jeszcze motywował do walki... Bardzo dziękuję!!! Chyba nie zdążyłam podziękować na mecie, a w tych najgorszych kilometrach pomógł mi baaaaaaardzo! Jeśli to czytasz to dziękuję z całego serca! :-) I chętnie podzielę się nagrodami ;-)

Wracając do biegu to tylko czekałam, aż w końcu minie mnie dziewczyna z "czwartego kilometra" albo jakaś następna... Zaczęłam się nawet odwracać, ale obraz mi się rozmywał więc nie widziałam nikogo :-) I tak dobiegłam do 9 km... Jeszcze tylko kilometr... To już trzeba było zebrać resztki sił... Na zawrotce widziałam jeszcze, że kolejna dziewczyna jest za mną jakieś 50 m, więc to całkiem sporo i że powinnam dać radę... Ale na wszelki wypadek zebrałam się i przyspieszyłam wbiegając na stadion :-) O dziwo jakoś siły się znalazły :-) WYGRAŁAM!!! WYGRAŁAM BIEG, DUŻĄ IMPREZĘ!!! Czas 40:29, ale mimo wszystko jestem zadowolona bo po pierwsze zwycięzców się nie sądzi, a
po drugie trasa była trudna - mnóstwo zakrętów, nierówne alejki w parku, gorąco, zakwasy... Nie było szans na kolejny czas poniżej 40 minut, a przynajmniej mam sporo wymówek ;-)

Kończę ten sezon biegowy przeszczęśliwa :-) To był mój najlepszy sezon biegowy w życiu! :-) W ogóle to był mój najlepszy rok w życiu :-) Dziękuję Arturowi za super przygotowanie do sezonu, a ukochanej rodzince za wielkie wsparcie w mojej pasji :-) Następny bieg pewnie dopiero w lutym, więc trzymajcie kciuki za przygotowania, a przede wszystkim za zdrowie :-) Jak jest zdrowie to można wszystko ;-)