niedziela, 11 listopada 2018

BIEG NIEPODLEGŁOŚCI WE WROCŁAWIU CZYLI ZWYCIĘSTWO W BIEGU Z WĄSEM

Po Gdańsku ciężko było zmobilizować się do treningów bo chciałam już zakończyć sezon biegowy i trochę dać odpoczynku przede wszystkim głowie, ale... nie pobiec w Biegu Niepodległości? Może chociaż z wózkiem, bez presji i z uśmiechem na ustach? I wtedy okazało się, że poniedziałek jest wolny, więc trzydniowy weekend trzeba było wykorzystać - wyjeżdżamy!!! Tylko gdzie? Właściwie prawie w każdym mieście był organizowany Bieg Niepodległości, więc wystarczyło wybrać miasto :-) Padło na Wrocław, bo mój Mąż namawiał mnie do takiej wycieczki już od jakiegoś czasu, a że zapowiadała się piękna pogoda (słoneczko i 14 stopni!!! 11 listopada!!! Nie pamiętam takiego ciepła...), to stwierdziłam, że jest to idealna okazja :-) Tym bardziej, że na następne wyjazdy szybko się nie zapowiadało, bo przecież niedługo zima...

Wyjechaliśmy w sobotę o 6 rano i plan był prosty - na początek zwiedzanie ZOO... Dobrze byłoby też za bardzo nie zmęczyć się przed niedzielnym biegiem, ale... tam po prostu nie da się spędzić TYLKO 2-3 godzin! Wrocławskie ZOO jest po prostu przecudowne i szczerze mówiąc nie wiem jak ja teraz będę chodziła z Majką do Warszawskiego ZOO... Chyba trzeba będzie częściej odwiedzać Wrocław :-) Tak czy inaczej spędziliśmy tam 6 godzin, a i tak najchętniej zostalibyśmy jeszcze kilka :-) Nogi wieczorem odpadły i... nawet nie miałam siły wyjść na roztruchtanie przed niedzielnym biegiem... Po prostu po przyjściu z ZOO padłam... No trudno... To nie miał być docelowy start tylko uczczenie 100-lecia niepodległości Polski i rodzinny wyjazd do Wrocławia, więc za bardzo się tym nie przejmowałam...

Na linii startu stanęłam zmęczona po zwiedzaniu ZOO i z... zakwasami w pachwinach po przejechaniu w piątek na hulajnodze jakiś 12 km (mięśnie nieprzyzwyczajone po prostu padły)... Nie liczyłam zatem na super wynik czy miejsce... Po prostu chciałam żeby się szybko bieg skończył, bo przecież zaraz miało być zwiedzanie wrocławskiego rynku, który również miał być jednym z piękniejszych w Europie (i był! Potwierdzam!) :-)

Na początku tradycyjnie wyrwałam... No bo przecież po co słuchać trenerów, którzy mówią żeby nie zaczynać za szybko? Pierwsze pół kilometra w tempie 3:40... "Bosko! Zaraz będę umierać..." Co ciekawe przede mną widziałam tylko jedną dziewczynę! Na takim duuuużym biegu! Zupełnie się tego nie spodziewałam, ale słabe nagrody po prostu nie przyciągają zawodniczek czy byłych zawodniczek tylko amatorki :-) Mimo wszystko tylko czekałam aż inne dziewczyny zaczną mnie wyprzedzać, ale... nic takiego się nie działo! Ba! To ja właśnie doganiałam pierwszą biegnącą dziewczynę i... na 4 kilometrze nawet ją wyprzedziłam! Szalony pomysł, bo sama już dyszałam jak lokomotywa, a do mety było jeszcze 6 km!!! 6 masakrycznych kilometrów!!!
Za chwilę zobaczyłam Męża z moją ukochaną Kruszynką i chociaż przez chwilę zrobiło mi się lepiej... Wbiegliśmy na stadion i tam mnóstwo dopingujących kibiców, więc nogi i oddech jakoś dały odpocząć... Niestety zaraz znowu wybiegliśmy ze stadionu i zaczęła się walka... Na domiar złego nie zdążyłam na stadionie złapać kubeczka z wodą... A było straaaasznie gorąco - 14 stopni i patelnia... Mój organizm już dawno nie biegał w takiej temperaturze, więc chyba się zagotowałam... W głowie cały czas toczyłam walkę "Nie dasz rady, zwolnij, po co ci to...Co za różnica czy będziesz pierwsza, druga czy dziesiąta... Już swoje zrobiłaś w tym sezonie"... 

I wtedy z pomocą przyszedł mi nieznajomych chłopak z butelką wody... Nie dość, że poczęstował mnie swoją wodą, to jeszcze motywował do walki... Bardzo dziękuję!!! Chyba nie zdążyłam podziękować na mecie, a w tych najgorszych kilometrach pomógł mi baaaaaaardzo! Jeśli to czytasz to dziękuję z całego serca! :-) I chętnie podzielę się nagrodami ;-)

Wracając do biegu to tylko czekałam, aż w końcu minie mnie dziewczyna z "czwartego kilometra" albo jakaś następna... Zaczęłam się nawet odwracać, ale obraz mi się rozmywał więc nie widziałam nikogo :-) I tak dobiegłam do 9 km... Jeszcze tylko kilometr... To już trzeba było zebrać resztki sił... Na zawrotce widziałam jeszcze, że kolejna dziewczyna jest za mną jakieś 50 m, więc to całkiem sporo i że powinnam dać radę... Ale na wszelki wypadek zebrałam się i przyspieszyłam wbiegając na stadion :-) O dziwo jakoś siły się znalazły :-) WYGRAŁAM!!! WYGRAŁAM BIEG, DUŻĄ IMPREZĘ!!! Czas 40:29, ale mimo wszystko jestem zadowolona bo po pierwsze zwycięzców się nie sądzi, a
po drugie trasa była trudna - mnóstwo zakrętów, nierówne alejki w parku, gorąco, zakwasy... Nie było szans na kolejny czas poniżej 40 minut, a przynajmniej mam sporo wymówek ;-)

Kończę ten sezon biegowy przeszczęśliwa :-) To był mój najlepszy sezon biegowy w życiu! :-) W ogóle to był mój najlepszy rok w życiu :-) Dziękuję Arturowi za super przygotowanie do sezonu, a ukochanej rodzince za wielkie wsparcie w mojej pasji :-) Następny bieg pewnie dopiero w lutym, więc trzymajcie kciuki za przygotowania, a przede wszystkim za zdrowie :-) Jak jest zdrowie to można wszystko ;-)


niedziela, 28 października 2018

DYSZKA I PIĄTKA W GDAŃSKU CZYLI DWA NAJSZCZĘŚLIWSZE CZWARTE MIEJSCA NA ŚWIECIA...

Kompletnie nie wiem od czego zacząć... To po prostu był weekend szczęścia! Po maratonie to był dopiero pierwszy i prawdopodobnie ostatni start w tym sezonie, więc było o co powalczyć :-) No i najważniejsze był to też cudowny weekend spędzony z rodzinką nad morzem, więc czy można chcieć czegoś więcej? :-)

PRZED BIEGIEM
Początkowo bieg nocnej dychy miał być o godzinie 18, a bieg na piątkę z wózkiem o 9 rano, więc postanowiłam wystartować w obu biegać... Oczywiście w pierwszym jak zwykle marzyło mi się złamanie 40 min, a drugi bieg miał być tym rekreacyjnym... Jednak życie zweryfikowało marzenia i wszystko zaczęło się psuć:
- najpierw po maratonie zaczęło boleć rozcięgno i byłam bliska zakończenia sezonu (nie jestem z tych, którzy trenują z bólem...),
- później okazało się, że o 18 to jest mecz Lechia-Arka, więc bieg będzie, ale o... 23 czyli w godzinach kiedy ja już dawno śpię... A w dodatku następnego dnia piątka miała być o 9 rano, więc znowu chciałam zrezygnować z jakiegoś startu, ale kompletnie  nie wiedziałam z którego, więc postanowiłam do końca trzymać opłatę startową w obu biegach,
- rozwaliłam sobie do krwi Achillesa... pedałem od roweru i rana jest idealnie w miejscu, w którym obciera but,
- i w końcu załamanie pogody... Zimno, deszcze... Po co jechać w taką pogodę nad morze?

Wszystkie te wątpliwości i wyzwania przerodziły się w cuda...


NOCNA DYCHA
Pomimo tego, że dzień przed biegiem czułam stopę postanowiłam wystartować... Głównym powodem okazała się... pogoda :-) Pomimo tego, że w dzień był wiatr 40 km/h to w nocy był już poniżej 20 km/h i w dodatku lekka mżawka przed biegiem... Dla mnie warunki wręcz idealne :-) Trasa Nocnej Dychy również mnie nie przerażała. Co prawda były cztery podbiegi, ale na Biegu Niepodległości (który miał być docelową imprezą) też czekałyby na mnie dwa, więc w sumie niewielka różnica :-)

Na starcie były ze mną moje dwie ukochane siostry i Mareczek, który w tym dniu chciał rozprawić się z magiczną barierą 50 min (jeszcze raz gratulacje! Udało się!)... Ja natomiast marzyłam o zobaczeniu w końcu trójki z przodu... Przegoniłam myśli o nieprzespanej nocy i biegu następnego dnia o 9 rano i skupiłam się tylko na dyszce...

W pierwszą stronę biegło się idealnie... Czas na półmetku był wręcz przerażający - w okolicach 19 minut! Zupełnie nie byłam zmęczona, o stopie zapomniałam, ale... szybko okazało się dlaczego pierwsza piątka była tak piękna... w pierwszą stronę biegliśmy z wiatrem :-) Po zawrotce okazało się, że już tak przyjemnie nie jest... Oddech stał się cięższy, a wiatr zaczął bardzo przeszkadzać... Nie było za kim się schować, bo w biegu wystartowało zaledwie około 500 osób (pewnie przez tę za późną godzinę)...
Co pół kilometra zegarek wyświetlał mi tempo... Zerkałam za każdym razem czy to już koniec marzeń o 39:59 czy jeszcze mam szansę... Za każdym razem kiedy jednak zerkałam na zegarek wyskakiwało okrążenie 1:59 lub 2:00... Niby wolno, ale zapas z pierwszej piątki był, więc.... wystarczyło TYLKO utrzymać tempo....

Do mety zostały jeszcze jakieś 2-3 kilometry i 2 podbiegi (nie wiedziałam dokładnie ile ponieważ kilometry nie były niestety oznaczone, a na zegarku ciemność i nie było czasu włączać światełka)... No ale zgodnie z ostatnią, złotą zasadą Artura "Jak jest podbieg, to będzie zbieg"... Zatem na podbiegu było rozsądnie, a na zbiegu ile natura dała ;-) Taki mikro interwał ;-) I w końcu po drugim podbiegu ktoś do mnie krzyknął "Dawaj, jeszcze tylko 1,5km" :-) Jejku! Naprawdę? Tylko 1,5 km? To niemożliwe! To już jest naprawdę blisko! Nogi lekkie, kolki brak... Jak nie teraz to nigdy! Przecież na Biegu Niepodległości może być okropna pogoda, tłum VIPów, niepewność, stres ostatniego startu w sezonie... Trzeba cisnąć!

Do mety biegłam jak na skrzydłach... Nogi nie były wcale ciężkie tylko oddech nieco przeszkadzał, ale przecież to już tak blisko... I w końcu skręt na halę Amber Expo... Zegar odliczający sekundy... Zostało dosłownie 100 m, a zegar pokazuje 39:12! Dopiero 39:12! Mam czas! Zdążę! Dobiegnę poniżej 40 minut! Dotarło to do mnie! Po tylu nieudanych próbach bo "zawsze coś" w końcu to mam! I te ostatnie 100 m nie było najszybsze... To była celebracja chwili! Nie chciałam tak po prostu wbiec na 100% :-) Cieszyłam się każdym krokiem przed metą :-) To była moja chwila! To ta piękna magiczna bariera, której tak długo nie mogłam złamać... Czas 39:33, 4 miejsce OPEN, 1 w kategorii wiekowej! Może trochę szkoda, że nie pudło, ale ten czas... Najpiękniejszy czas... Wolę zająć 4 miejsce z takim czasem niż 1 miejsce z czasem powyżej 40 minut :-) Cudownie! Jest progres! Chce się biegać!

Ehh... Emocje wciąż nie opadają i... nie opadły też przed biegiem na piątkę... Wróciłam do apartamentu po 1 w nocy, a pobudka o 6... Czas spania nie wyglądałby tak źle gdyby nie to, że... ja kompletnie nie mogłam zasnąć! Przeżywałam jeszcze raz każdy kilometr... I ten zegar odliczający sekundy gdy wiedziałam, że zdążę... Zapamiętam ten moment do końca życia :-) No i był jeszcze jeden problem... Stopa... Zwyczajnie jej się przypomniało, że przecież powinna boleć po takim wysiłku... I ciągle myśli w głowie - czy ja w ogóle dam radę wstać z łóżka i chodzić? Co będzie rano? Z takimi myślami po prostu nie dało się spać, a wiedziałam, że na mój bieg ma przyjechać cała rodzinka - Kima, Monika, Arek, Marek, Asia, Ola, Natalka i oczywiście mój Mąż i MikroNusia (na dyszce ich nie było, bo Majeczka już grzecznie spała... Asia, Ola i Natalka chyba też ) :-) Tyle kibiców, a ja nie będę mogła biec?

PIĄTKA Z WÓZKIEM
Po nieprzespanej nocy wstałam o 6 żeby sprawdzić co z nogą i nakarmić Majeczkę... Pierwsze kroki nie były tak tragiczne jak wyobrażałam sobie przez całą noc, więc była szansa, że pobiegnę... Może nie będzie to szybki bieg, ale w okolicach 5 minut/ km powinnam dać radę...

W ramach rozgrzewki potruchtałam na start z wózkiem, a mój Mąż na hulajnodze... Nogę czułam, ale nie był to ból... Do startu właściwie zapomniałam o nodze (może
adrenalina?) i wtedy... zaczęło się... Najpierw zobaczyłam całą rodzinkę trzymającą kciuki, potem nie mogłam znaleźć Majki w tłumie żeby stanąć na starcie i bałam się, że w ogóle się spóźnimy... Ale jakimś cudem zdążyłam ich znaleźć i w ostatniej chwili stanąć na starcie... Jeszcze tylko kilka piątek z innymi mamami, które biegły z wózkiem i... można zaczynać :-)

Wystartowaliśmy... Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale biegłam w okolicy 4:00!!! Kosmos!!! Przecież nie da się tak szybko biegać z wózkiem!!! To znaczy tak mi się wydawało ;-) Ale po 400 m dopiero się zaczęło... Ulewa!!! Po prostu ulewa, wiatr...
Masakra!!! I wtedy zupełnie przestało mi zależeć na biegu... Myślałam tylko jak najszybciej dobiec żeby Maja nie zmarzła i nie rozchorowała się... Mój mąż jechał w moich okolicach na hulajnodze, więc wiedziałam tylko, że biegnę jako pierwsza mama z wózkiem... Wydawało mi się, że biegnę nawet wolno, uśmiecham się do kibiców, fotografów, pozdrawiam inne mamy z wózkiem na przeciwko... Ale jednocześnie próbuję trzymać tempo, bo deszcz ogromny, ja przemoknięta do suchej nitki... Na szczęście Maja była dobrze ubrana, więc ona nie zmokła... No może jej rączki, które próbowały
łapać deszcz i czapka, którą Maja postanowiła wyrzucić na jakimś 4 km :-)

Pierwszy raz biegnąc na piątkę nie wpadłam na metę ledwo dysząc, a czas 20:20 z wózkiem wydawał się całkowicie poza zasięgiem przed biegiem :-) Dał on 1 miejsce wśród mam z wózkiem i o dziwo 4 miejsce OPEN, 1 w kategorii wiekowej!!! I tutaj jeszcze wisienka na torcie, w którą nie wierzyłam do samego końca biegu... Wygrałam wózek biegowy THULE!!! Jeszcze nigdy nie wygrałam tak dużej nagrody!!! Dopiero jak go dostałam do ręki to uwierzyłam, że on jest mój! I to nie jest zwykła nagroda... To jest nagroda za ciężką pracę, konsekwencję, cierpliwość i organizację... Bo przy dziecku też można biegać!!! Można mieć pasję!!! I to właśnie ten wózek będzie mi zawsze o tym przypominał... Można... Zawsze można... Trzeba tylko chcieć :-)

I tym biegiem chyba zakończę sezon chociaż chciałabym jeszcze gdzieś pobiec i powalczyć, bo czuję, że forma nagle się pojawiła... Ale był to ciężki sezon, a rozcięgno
podeszwowe nakazuje rozsądek i roztrenowanie... To był najpiękniejszy biegowy rok w mojej historii!!! Po urodzenia dziecka też można biegać... Ba... Można szybko biegać, a nawet szybciej niż przed ciążą :-)

Na koniec tego przydługiego wpisu muszą być jeszcze podziękowania bo nie byłoby tych dwóch wspaniałych biegów i takiego pięknego sezonu gdyby nie osoby, które mnie wspierają:
- mój Mąż i Majeczka - pozwalają na treningi, a mój Mąż nawet w deszczu przejechał ze mną 5 km na hulajnodze :-)
- Kima i Arek - kibice nawet w Gdańsku, a Kima to już w ogóle najwierniejszy i największy kibic, a ostatnio też fotograf :-)
- Monika, Mareczek, Asia, Ola, Natalka - do których wracamy już 5 rok z rzędu (odkąd impreza Amber Expo zawitała do Gdańska), z którymi zawsze można pogadać o wszystkim chociaż widzimy się raz/ dwa razy w roku, na których zawsze można liczyć...
- moi rodzice, którzy wspaniale opiekują się Majeczką,
- moi teściowie, którzy dbają o moje zdrowie i wciąż wspierają soczkami mocy, a dzięki super wózkowi mogę biegać z Majeczką,
- Artur, który wymyśla mi cięższe treningi niż sama bym sobie rozpisała,
- bliżsi i dalsi znajomi biegowi, którzy świetnie motywują mnie do dalszego biegania i wspierają w gorszych chwilach,
- koleżanki i koledzy, którzy zawsze wspierają dobrym słowem biegowym...

Dziękuję za wielkie wsparcie!!!

niedziela, 30 września 2018

MARATON WARSZAWSKI CZYLI PIĄTE NOWE ŻYCIE CZAS ZACZĄĆ...

Dlaczego nowe życie? Dlaczego dopiero piąty maraton? Często słyszę takie pytania, ale "nowe życie" jest w stanie zrozumieć dopiero osoba, która przebiegnie maraton do którego przygotowywała się przez wiele tygodni, a dzień maratonu był po prostu ukoronowaniem ciężkich treningów i świętem, kiedy okazuje, że od teraz można wszystko, a niemożliwe nie istnieje... A dlaczego dopiero piąty maraton chociaż biegam już tyle lat? Bo dla mnie przebiegnięcie czy częściowe nawet przejście maratonu bez przygotowania to pozbawienie siebie co najmniej 90% radości z tego biegu... Bo to właśnie te przygotowania, ta ciężka praca i w końcu start - wisienka na torcie... I chociaż nigdy nie wiadomo co przyniesie maraton to mój piąty maraton to moje piąte zwycięstwo - regularny trening, bieg z mocną głową i uśmiech na mecie po kolejnym narodzeniu... Co więcej - od 32 km ja po prostu czułam jakbym unosiła się nad asfaltem, a nogi wcale nie były ciężkie... Ale zacznijmy od początku :-)

PRZYGOTOWANIA
Tym razem plan treningowy był zupełnie inny - to nie ja go przygotowywałam tylko Król Artur, więc... tak naprawdę wszystko na tym maratonie było możliwe... Ale zaufałam, wykonywałam treningi najlepiej jak potrafiłam tydzień po tygodniu od maja tego roku i... efekty są :-) Kluczem do tego wszystkiego jest moim zdaniem systematyczność i zdrowie... Jeśli są te dwa elementy to musi być dobrze :-) Ale takie dni, że "nie chce mi się i nie biegam" po prostu się nie zdarzają... No może czasem rzeczywiście "nie chce mi się" biegać jakiegoś akcentu i marudzę, ale trzeba po prostu wziąć się w garść, założyć buty i strój biegowy i po prostu biec... Po 3 km jestem już w swoim pięknym świecie...

DZIEŃ PRZED STARTEM
Jak zwykle w tygodniu przed startem sporo nerwów (chyba dlatego, że treningów mniej i nie ma co robić z wolnym czasem ;-), a dzień przed była już tragedia... Toaleta co dwie godziny (co to będzie na trasie!!!) i mój mąż, który miał jechać ze mną trasie rowerem zrezygnował z tego pomysłu, więc wiedziałam, że muszę liczyć tylko na siebie... Nie było też pacemakera, który by mnie interesował, więc sam start rysował się zdecydowanie w czarno-białych barwach... Na szczęście iskierka nadziei pojawiła się wieczorem - w biało-czerwonych barwach w postaci polskich siatkarzy, którzy jak lwy wywalczyli miejsce w finale po pięknym boju z USA wygrywając 3:2... Łezki się zakręciły... Skoro oni mogą to chyba ja też mogę! I chociaż przez mecz nie wyspałam się za bardzo przed startem to jednak "głowa" najwięcej mogła zdziałać...

PÓŁ GODZINY DO STARTU
Przed startem spotkałam wielu znajomych biegaczy, którzy wspierali dobrym słowem, a ja czerpałam z tych myśli przez cały bieg... Najpierw Basia, później uśmiechnięta Pela i w końcu Mistrz Artur z Martą... To chyba ich kopy na szczęście dodały najwięcej mocy, a słowa Artura tuż przed startem były powtarzane przeze mnie przez cały bieg "nie przyspieszaj więcej niż 3 sekundy na kilometrze"... I jeszcze zrozumiałam, że moja taktyka trzymania się z balonem na 3:10 do 16 km może być błędna, że zabraknie czasu na finiszu...

Przed samym startem spotkałam też Jędrzeja, który podobnie jak ja nie był zbyt optymistycznie nastawiony do startu - problemy żołądkowe i odwieczne pytania - czy jest forma? Jedno było pewne - chcieliśmy mieć już ten egzamin za sobą (przy okazji wielkie gratulacje dla Jędrzeja i Bożenki!!!)... W dodatku były 3 minuty do startu, a ja podczas spotkania z Jędrzejem robiłam brzuszki żeby kolka nie złapała i... zostawiłam swój pierwszy żel energetyczny koło startu... Zorientowałam się na szczęście minutę przed wystrzałem startera i... wystrzeliłam jak z procy przeskakując przez barierki żeby po niego zdążyć... Uff... Zdążyłam... Sprint pełny... Potraktowałam to jako dodatkową przebieżkę ;-)


START - BYLE DO 16 KM...
W końcu ruszyliśmy... Ja jednak postanowiłam trzymać się pacemakera na 3:10 - a może jednak zacznie za szybko jak to zwykle u pacemakerów bywa? I oczywiście zgodnie z przewidywaniami nie było na 3:10 tylko jakoś na 3:08 więc idealny czas żeby się nie zmęczyć, a jednocześnie pobiec w grupie... Mimo wszystko cały czas miałam w głowie słowa Artura, że potem mogę nie mieć już z czego przyspieszać i... cały czas ciągnęło mnie do przodu... W końcu po przebiegnięciu przez ZOO (naprawdę
ciekawa atrakcja! Muszę przyznać, że podglądałam zwierzęta, które wydawały się zdziwione, że takie "stado" ludzi pędzi w jednym kierunku...) oderwałam się od grupy i zaczęłam przyspieszać... Do 16 km bardzo spokojnie, bo wiedziałam, że tam czeka już najcięższy podbieg czyli Beldwderska... No i niestety tam zaczęły się moje kłopoty... Najpierw kolka, później cały czas chciało mi się siusiu, brzuch dziwnie bolał jakbym miała okres... Ehh... Nie wyglądało to dobrze... Miałam ochotę zejść z trasy... Właściwie po co mi w ogóle ten maraton... Jak już na 16 km takie problemy brzuchowe, to co będzie na 30? Stres zżerał mnie od środka... Aaaaa... Zapomniałam dodać... Jeszcze ten "bieg chomika" czyli ciągle w kółko na tej trasie... Miałam wrażenie, że ciągle zaliczam te same podbiegi... Ehh... Na szczęście z pomocą przychodziły słowa Artura - "Jak jest gdzieś podbieg, to znaczy, że gdzieś będzie zbieg"...

PÓŁMETEK
Patrząc na poprzednie maratony po przebiegnięciu 21 km powinnam czuć się jakbym dopiero wychodziła z domu... Niby nie było źle, bo oddech i mięśnie sprawowały się znakomicie, ale ten ból brzucha... Ta cholerna kolka... Skąd ona nagle się wzięła? To już trzeci start z kolką!!! I wtedy na chwilę pojawił się mój mąż na rowerze, który miał dzisiaj nie być na trasie i wbrew pozorom chociaż był ze mną może z 1,5 km to powiedział kilka ważnych zdań, w tym że Maja i moi rodzice będą czekali na mecie, a poza tym że siatkarzom też wczoraj było ciężko ;-) No i nie było wyjścia... Brzuch czy kolka czy siku czy ból nóg... Wszystko jedno... Wiedziałam, że muszę dobiec do mety choćbym miała się tam człapać po 5:00... No cóż... Trening treningiem, a maraton maratonem - nigdy nie wiadomo co się wydarzy na trasie... Teraz już dobiec trzeba...

MARATON ZACZYNA SIĘ PO 30 KM...
Ile razy to słyszał lub odczuł każdy maratończyk? Ja czekałam na 30 km z niecierpliwością bo... chciałam się po prostu przekonać co tym razem przyniesie mi ten królewski dystans :-) O dziwo na jakimś 27 km kolka zaczęła puszczać, a ja poczułam się lekko jak na wybieganiu... Wciąż jednak bałam się przyspieszyć, bo przecież gdzieś w końcu musi mnie dopaść kryzys mięśniowy... Ale... Nic takiego nie przychodziło! Ba! Było coraz lepiej! Dotarłam do 29 km i... zaczęłam się uśmiechać podczas biegu :-) Czułam, że dam radę dobiec do mety bo mam jeszcze mnóstwo sił... Bałam się tylko brzucha, ale na szczęście nic takiego nie przychodziło, więc stopniowo przyspieszałam, machałam do przechodniów i cieszyłam się tym biegiem jak dziecko :-) Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i...

NA WISŁOSTRADZIE...
Wiatr... Wiatr... Wiatr... A ja byłam sama... Nikogo przede mną z 50 m, nikogo za mną... Nie było za kim się schować... Próbowałam gonić kogoś w koszulce "Jacka" (wyglądał, że świetnie się trzyma i utrzymuje tempo), ale... dogoniłam go już po dwukilometrowej walce z wiatrem... Ehh... Musiałam stracić tu sporo sił i czasu... Głupota... Szkoda, że nie schowałam się za kimś wcześniej... Ale maraton to też popełniane błędy, więc trzeba było biec dalej... No i skoro tutaj było pod wiatr, to znaczy że ostatnie 1,5 km będzie z wiatrem, a to już naprawdę niedaleko...

PODBIEG NA MOST GDAŃSKI
Wszyscy straszyli tym podbiegiem, że na 30 km to będzie tragedia, ale mi udało się na niego wbiec bez żadnych problemów... Zaczęłam łapać energię od wyprzedzanych biegaczy... I w końcu na 33 km spotkałam swojego "pacemakera", który co prawda chciał mi uciec kilka razy, ale nie dałam się :-) Z Sebastianem trzymałam się naprawdę długo... Podbiegł do mnie na około 34 km i stwierdził, że jak go wyprzedziłam, to go zmotywowałam i... postanowiłam z nim biec ile dam radę... Widać było, że Sebastian ma siłę i wyprzedzał kolejnych biegaczy bez większego problemu, a ja w razie potrzeby chowałam się za nim od wiatru (a przynajmniej próbowałam) :-) DZIĘKUJĘ!

...40 KM
To naprawdę już? Niemożliwe! Przecież to jeszcze tylko trochę kroków z wiatrem i jestem na miejscu! Gdy zobaczyłam bramkę odliczającą czas nie mogłam uwierzyć własnym oczom, że to już tak blisko :-) Nogi same biegły :-) Nawet miałam zapytać Sebastiana czy to na pewno meta i czy mogę już przyspieszać :-) W dodatku przed metą usłyszałam i zobaczyłam moich rodziców z Majką oraz moją siostrę z mężem :-) To musiało się udać! Wpadłam na metę z uniesionymi rękami - jest życiówka! 3:05:16! 12 miejsce OPEN, 6 Polka i 2 miejsce w kategorii blogerów :-) Jest też nowe życie! Mogę wszystko! Wystarczy tylko chcieć! 

Ehh... Jak ja kocham biegać maratony... Te przygotowania, tę niepewność co będzie na trasie i w końcu tę moc, którą się ma po maratonie...

PODZIĘKOWANIA
Gdyby nie pomoc najbliższych na pewno nie dałabym rady rozwijać swojej pasji, więc dziękuję:
- mojemu mężowi i Majeczce za wsparcie w treningach i startach (chociaż mój mąż ma minusa za ten start i wybór meczu piłkarskiego)
- moim rodzicom, że zawsze chętnie zajmują się Majeczką
- siostrze Kimie, czyli mojemu najwierniejszemu kibicowi oraz Arkowi, który jest :-)
- moim drugim rodzicom za pyszne soczki, którymi wciąż wspierają moje zdrowie :-)
- Arturowi za treningi i złote rady, a Marcie za ciepłe słowa i kopniaki przed startem :-)
- Bożence i Jędrzejowi, że zawsze można od Was usłyszeć cudowne biegowe słowa wsparcia, a czasem ponarzekać na "los biegaczy"
- Peli za super moc, której mi zawsze dostarcza przed startem swoim uśmiechem i wyluzowaniem
- bliższym i dalszym znajomym za super doping na trasie, w szczególności Radkowi, który nie wiem jak to zrobił, ale był chyba w czterech miejscach i zawsze chciał mnie ratować "kolką" chociaż ja akurat czułam kolkę w boku ;-) I za złotą radę odnośnie ostatnich 10 km ;-)

A po biegu oczywiście pizza lub burgery :-) Tym razem wygrała pizza w rodzinnym gronie :-) I... pierwszy raz od dwóch lat wypiłam piwo!!! Tak, tak... Karmię wciąż Maję, ale po prostu należało się, a Suwi twierdzi, że to dobre na sen... ;-)


niedziela, 9 września 2018

I PÓŁMARATON W WILANOWIE CZYLI NIEOCZEKIWANE 2 MIEJSCE OPEN I DOBRY TRENING DO MARATONU


Półmaraton w Wilanowie czyli pierwszy bieg w tym sezonie i wielka niewiadoma... Czy biec w tempie maratonu? Czy biec szybciej? Po wakacjach w górach i całkiem długiej chorobie treningi kompletnie mi nie szły... Nogi ciężkie zupełnie nie chciały się kręcić... Dopiero w ostatnim tygodniu było trochę szybciej i łatwiej, więc nadzieja przed maratonem wróciła...

Pogoda wyjątkowo zapowiadała się idealnie... Po ostatnich upałach lekki deszczyk i brak wiatru w Wilanowie - lepiej być nie mogło :-) Niestety nie przewidziałam jednego - półmaraton był mały, więc całą trasę musiałam biec sama...

Mimo wszystko na starcie nastawiłam się bojowo - spotkałam Pelę, która kazała cisnąć, więc humor się poprawił i nie było wyjścia :-) Trasa to dwie pętle z podbiegami, więc przy okazji miał być niezły trening dla głowy...

Pierwsza pętla minęła bardzo szybko - na początku biegłam z 2 chłopakami (chociaż żaden nie chciał biec przede mną tylko obok lub za mną, więc to żadna frajda), a po 5 km oderwałam się i zdecydowałam się na samotny bieg... Jak mam kogoś ciągnąć to już wolę sama siebie ciągnąć - wystarczający ciężar ;-)

Do 14 km biegło mi się bardzo lekko chociaż bałam się, że w pewnym momencie zabraknie sił lub motywacji... Nie było widać nikogo przede mną ani za mną, a różnica była co najmniej 200 m... Biegłam jako druga kobieta, więc właściwie wystarczyło tylko dobiec do mety... I wtedy pojawiło się coś o czym już zdążyłam zapomnieć przez ostatnie dwa lata - KOLKA... Na początku lekka, a później coraz mocniejsza... Zaczęłam zginać się w pół, zwolniłam... Głowa krzyczała żeby się zatrzymać - przecież nikt Ciebie nie goni!

Ale nie poddałam się - nie zaczęłam iść... I tak ciągnęłam z bólem do jakiegoś 19 km kiedy w końcu zobaczyłam moją ukochaną rodzinkę :-) Niestety nie było ich na pierwszej pętli, ale wiedziałam, że na drugą powinni zdążyć :-) Machałam do nich już z daleka i od razu cieplej zrobiło mi się na serduszku :-)

Co jakiś czas spoglądałam na zegarek i miałam nadzieję, że uda się dobiec poniżej 1:30... Niestety kolka mnie na tyle spowolniła, że nawet szybki ostatni kilometr kiedy kolka już praktycznie minęła nie dały "dwójki" z przodu i skończyło się z czasem 1:30:06. Gdyby nie te 6 sekund i kolka byłabym przeszczęśliwa z biegu, ale wciąż nie wiem w jakiej jestem formie przed maratonem... Z drugiej strony ten start można potraktować jako trening, bo jednak 75% trasy biegłam całkowicie sama i w dodatku na trasie, na której często biegam. Cieszy na pewno 2 miejsce OPEN i 1 miejsce w kategorii Warszawianek :-) I oczywiście super nagrody - sama nigdy bym sobie nie zafundowała diety pudełkowej, masażu sportowego czy siłowni za 400 zł miesięcznie z treningami personalnymi... Warto było przewalczyć tę kolkę i tutaj pobiec ;-) A poranek spędzony w ten sposób z rodzinką też motywuje do dalszego biegania... Tylko co z maratonem? I gdzie go pobiec? Warszawa, Katowice, Rzeszów, Poznać, Toruń? Póki co wygrywa Warszawa, ale mam ochotę na rodzinny wypad do Krakowa i Katowic przed powrotem do pracy, więc może jednak Katowice? :-) Może nie będzie to najszybszy maraton, ale zawsze to odpoczynek od Warszawy, która przeraża mnie podbiegiem na Belwederskiej na 15 km... Mam spory dylemat, ale oby w życiu były same takie dylematy ;-)
 

środa, 15 sierpnia 2018

TATRY CZYLI NAJPIĘKNIEJSZY, RODZINNY POWRÓT W GÓRY

Jeszcze dwa lata temu wyjazdy w góry wyglądały zupełnie inaczej... Każdy dzień, bez względu na pogodę, wyglądał mniej więcej tak samo - śniadanie, góry do zapadającego zmroku, duuuuuża obiadokolacja, sen poprzedzony ewentualną sauną i pełna regeneracja... Teraz, gdy pojawiła się na świecie Majeczka, Tatry musiały wyglądać zupełnie inaczej. Na szczęście w tym roku udało się ściągnąć rodziców, więc zarówno treningi biegowe jak i wyprawy górskie były całkiem łatwe :-) Brakowało tylko odpoczynku, ale kto powiedział, że na wakacjach się wypoczywa ;-)






Na bazę wypadową wybraliśmy podobnie jak w ostatnich latach Strbskie Pleso - znalazłam super czysty i duży aparatmanet 80 m2 w naprawdę przystępnej cenie, który od razu spodobał się też Majeczce :-) Dużo miejsca na "spacerowanie", wanna na kąpiel wieczorną  i wszędzie tak czysto, że nawet jednego paproszka nie udało się znaleźć :-) No i najważniejsze - Strbskie Pleso czyli miejsce gdzie można codziennie dla relaksu pospacerować (lub pobiegać - kto co lubi ;-) ) wokół jeziorka... Maja też znalazła coś dla siebie czyli huśtawkę, karuzelę, zjeżdżalnie i... pyszne lody waniliowe :-)
1 dzień - Strbske Pleso 
Z Warszawy wyjechaliśmy o 4 rano, więc przed 12 byliśmy już na miejscu. Maja się wyspała w samochodzie, a my padnięci, ale szczęśliwi poszliśmy jeszcze pospacerować nad jeziorko :-) A ja oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła kilka rund również na biegowo ;-) Było zmęczenie, ale też wielka radość, że udało się wrócić w ukochane Tatry :-) 

2 dzień - Sedlo pod Ostrvou, Popradskie Pleso
Na rozruszanie kości zafundowaliśmy sobie malowniczą trasę z pięknymi widokami, ale z niewielkimi przewyższeniami 2100. Tatry powitały nas chmurkami, ale i tak było najlepiej na świecie - w końcu kilka godzin razem z mężem, bez szumu samochodów, wielkie przestrzenie, zieleń, skały... Mmmm... Tego nie da się opisać - to trzeba przeżyć :-) W dodatku pomimo wychodzenia z choroby zupełnie nie czułam, że jest ciężko, że kaszel, że katar... Tam zupełnie inaczej się oddychało :-) A rano przecież nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła krótkiego treningu biegowego - podbiegów i skipów :-) Było cudownie :-)

3 dzień - Krywań
Dobre samopoczucie i super pogoda skłoniły nas na dłuższą wyprawę. Jednak tym razem rano miałam zaplanowany mocniejszy trening biegowy (w tym 10 km BNP!!! Wokół Strbskiego Plesa!!! Dla mnie to zabójstwo i wręcz niewykonalny plan, więc zrobiłam co mogłam żeby jakoś ten trening "zaliczyć" i nie skompromitować się), a potem ruszyliśmy na Krywań...

Była piękna pogoda, więc całkiem sporo turystów, a wtedy mojemu mężowi włączają się "wyścigi". Zatem bez ani jednej przerwy dotarliśmy na szczyt, a ja musiałam gonić mojego męża (a podobno to ja mam kondycję!)... Oj słabo wspominam tę wyprawę... Nogi ciężkie po porannym treningu, ale trzeba było iść żeby zdążyć wrócić do Majeczki na 15 i się z nią pobawić w ramach odpoczynku :-) W sumie tego dnia wyszło prawie 40 km, ale to była naprawdę piękna wyprawa :-)

4 dzień - Bystra
To był ostatni dzień przed "przerwą", więc wybraliśmy się na długą, ale malowniczą pętelkę na Bystrą. Nie wiem dlaczego, ale jest to moja ulubiona "górka" i trasa po stronie słowackiej z najcudowniejszymi widokami :-) Zmęczeni, ale z uśmiechem wyruszyliśmy na trasę bardzo rano ponieważ zapowiadało się prawie 30 km spaceru i 3000 przewyższenia, a z każdym dniem tęsknoty za Majeczką były coraz większe... Na szczęście następny dzień mieliśmy spędzić już razem bo... Maja miała pierwsze urodzinki!!! :-)

Bystra również w tym roku nas nie rozczarowała, a raczej oczarowała widokami... Może nie było tak zielono jak dwa lata temu, ale te przestrzenie, zero ludzi... Mmmmm... Po prostu cudownie... I jak tu nie wrócić za rok? Oczywiście zamiast ludzi również w tym roku spotkaliśmy sporo kozic :-)





5 dzień - Morskie Oko i urodziny Majeczki
Urodziny Majeczki spędzaliśmy całą rodzinką - ja, Kuba, Majeczka, moja mama i tata na "wyprawie górskiej". Oczywiście impreza urodzinowa odbyła się dużo wcześniej, ale swoje prawdziwe pierwsze urodziny Majeczka spędziła na Morskim Oku, w którym dla uatrakcyjnienia wycieczki postanowiła się "załatwić" :-) Może dzięki temu była w drodze powrotnej bardzo spokojna i pomimo burzy, która nas złapała, poszła spać na cała trasę :-)


Na dodatek mieliśmy tego dnia jechać na pizzę do Białki Tatrzańskiej, ale... droga do Białki była zamknięta, bo natknęliśmy na Tour de Pologne, który w końcu wygrał Polak - Kwiatek :-) Co ciekawe w zeszłym roku na porodówce również oglądałam Tour de Pologne, a Majka prawie wygrał wyścig - zabrakło mu chyba 2 czy 3 sekund i... wtedy pomyślałam, że to znak, żeby naszą córeczkę nazwać Maja :-) Może zostanie kolarką a nie koszykarką czy siatkarką? :-) Zresztą już dzisiaj uwielbia swój rowerek i jeździć z nami na wycieczki rowerowe :-)



6 dzień - Bystre Sedlo
Poranek znowu zapowiadał się ciężki biegowo (zabawa biegowa 6 km po płaskim to pikuś, ale wokół jeziora nigdy nie jest przyjemnością... Zresztą na płaskim też nie ;-)), więc później wybraliśmy krótką, ale malowniczą trasę na Bystre Sedlo :-) Lubię tę trasę ponieważ nie trzeba się namęczyć, a można doświadczyć naprawdę pięknych widoków :-)







7 dzień - Popradskie Pleso i Jaskinia Wolności
Niestety przyszedł czas na brzydką pogodę (dopiero siódmego dnia - i tak rewelacja!!!), więc trzeba było zrobić przymusową przerwę od gór i zwiedzić jaskinię :-) Dzięki temu super dzień spędzony rodzinnie i zebranie sił na następny dzień :-)

A ja oczywiście nie byłabym sobą gdybym trochę nie pobiegała - tym razem bieg do Popradskiego Plesa przy lekkim deszczyku czyli moja ulubiona pogoda :-) 16 km pękło nie wiadomo kiedy pomimo zmęczenia górami, treningami i codziennymi spacerami po Strbskim Plesie...

8 dzień - Polski Grzebień
Oj działo się! Wyszliśmy rano ze Smokowca na Czerwoną Ławkę (miała być ostatnia długa wyprawa), a skończyło się... że poszliśmy nie tym czerwonym szlakiem, który trzeba i nagle... wylądowaliśmy przy hotelu górskim "Dom Śląski"... Trzeba było szybko zmienić plany i zdecydowaliśmy się na wejście na Polski Grzebień. Dojście na szczyt szybkie i łatwe, a widoki ze szczytu, szczególnie na polską stronę, przepiękne :-) Warto było nieco pomylić trasę żeby znowu popatrzeć na te cudowne widoki :-) Jednak ze względu na to, że zmieniliśmy trasę, czekało mnie 10 km biegu po samochód do Smokowca... Przynajmniej trening biegowy zaliczony bez dodatkowego biegania ;-) W sumie wyszło 36 km, więc następnego dnia miał być zasłużony odpoczynek :-)

9 dzień - Skalnate Pleso
Dzisiaj dzień odpoczynku czyli dzień rodzinny :-) Razem z rodzicami i Majeczką mieliśmy wjechać na Łomnicki Szczyt, ale ze względu na brak biletów skończyło się na spacerze do Łomnickiego Stawu :-) Maja pierwszy raz pokonała trasę w Tatrach w chuście, a my zrobiliśmy przyjemny spacer zakończony pysznym jedzonkiem w restauracji (w dodatku, za które nie trzeba było płacić ;-) Dzięki Tatuś!) :-) Do tego Maja mogła się pobawić na placu zabaw "na wysokości" i wszyscy byli zadowoleni :-)

10 dzień - Zielone Pleso
Niestety ze względu na zapowiadany burzowy dzień i narastające zmęczenie wybraliśmy się tylko na krótką, sentymentalną trasę do Zielonego Plesa... 20 km z lekkim przewyższeniem, ale i tak czuliśmy uda po zbieganiu poprzedniego dnia z Łomnickiego Stawu. Jak zawsze pyszne jedzenie w schronisku i...niestety to już koniec wakacji...

...ale wiele bezcennych wspomnień pozostanie... Tylko czy jeszcze uda się tak pochodzić po Tatrach? Bez rodziców byłoby ciężko, więc baaaaaaaaaaaardzo dziękujemy za opiekę nad Majeczką i pierwsze, dłuższe chwile samotności w niesamowitych okolicznościach przyrody. Mimo wszystko mam nadzieję, że wrócimy tutaj za rok... Jak dużo uda się wtedy chodzić z Majeczką? Czy damy radę zaliczać szczyty? Trzymajcie kciuki bo góry są najpiękniejsze i nie wyobrażam sobie bez nich życia :-) Tylko czy damy radę w Tatrach z takim maleństwem czy lepiej przerzucić się tylko na Bieszczady?