poniedziałek, 30 września 2024

MARATON WARSZAWSKI CZYLI MAGICZNA GRANICA 3 GODZIN PĘKŁA...

Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia! Wytrwałością, ciężką pracą i... jeśli nam naprawdę zależy :-) 

 

Nowe życie czas zacząć - złamanie 3 godzin w maratonie zrozumie pewnie tylko ten kto biega, a kto biega amatorsko zrozumie jeszcze bardziej ;-) niby co za różnica czy 3 czy 4 godziny ale... 2:58:19, 11 kobieta, 4 Polka za biegaczkami - profesjonalistkami w Maratonie Warszawskim... Średnie tempo 4 min 12 sek / km...  

 

Zrobiłam coś co wydawało się niemożliwe 13 lat temu jak zaczynałam biegać, 5 lat temu kiedy biegłam ostatni maraton czy nawet 1,5 roku kiedy ledwo przebiegłam półmaraton w 1h 31 min i... wtedy poddałam się chyba najbardziej... Głowa chciała, serce chciało ale nogi po prostu nie dawały już rady...


Marzenie

Złamać 3 godziny w maratonie czyli średnia poniżej 4 min 15 sek / km i... z pewnością maratońska elita kobiet-amatorek w Polsce ;-)

Po co? 

Bieganie to zawsze miała być przyjemność, ale jak nie ma celu to... kto by wstał z łóżka o 5 rano po nieprzespanej nocy? Kto wyszedłby biegać w deszczu, mrozie czy 30 stopniowym upale? Czy to ma być przyjemność? Oj tak... Ale dopiero jak już się wyjdzie z domu, poczuje jak świat budzi się do życia, jak masz czas tylko dla siebie, a potem na deser jeszcze endorfiny i energię na cały dzień...


Dlaczego 3 godziny?

To magiczna granica dla biegaczy amatorów... Kiedy przekroczyłam linię mety popłynęły łzy szczęścia... Ale widziałam tez łzy wielu mężczyzn... Nawet mężczyźni często dążą właśnie do tych 3 godzin... 


Dla mnie ta bariera jest wyjątkowa bo od zawsze najbardziej lubiłam biegać maratony, ponieważ... przez prawie 40 km można delektować się każdym kilometrem :-)


Jak?

Do tej pory w to nie do końca wierzę... Kiedy w czerwcu postawiłam sobie cel "przebiec maraton" czyli po prostu przygotować się do niego po 5 latach przerwy nawet przez myśl mi nie przeszło, ze 3 godziny jest w zasięgu... Od 5 lat nie umiałam biegać ciągów - zatrzymywałam się po 6 czy 8 km, a do maratonu to trzeba biegać nawet 20tki! W dodatku gdzie? W Bielsku-Białej nie ma płaskiego więc ciągi... biegałam na stadionie - tylko około 50 kółek podczas takiego treningu ;-) 


Przebieg maratonu

Przed

Od wtorku miała być regeneracja ale przyszło przeziębienie i zwątpienie, że ja w ogóle nie przebiegnę tego maratonu. Treningi i starty na 10 km i w półmaratonie były dobre, ale... żaden kalkulator biegowy nie dawał szans na 3 godziny... Tyle że zająca na 3:05 nie było, a w tempie na 3:10 to ja rozgrzewki często biegałam ;-) Do tego z propozycją nie do odrzucenia zjawił się niespodziewanie Jędrzej Josypenko, który zaoferował pomoc jako pacemaker... Zdecydowanie dało to +100 do pewności siebie i... podjęcia próby złamania 3:00, a raczej sprawdzenia, do którego kilometra dam rade trzymać tempo...


Start

Do 10 km

Biegłam w bardzo dużej grupie marzących o złamaniu trójki... Sami faceci... Łapanie wody na punktach było praktycznie niemożliwe i mocno zwalniało tempo... W dodatku oficjalny pacemaker zamiast biec w okolicach 4:15, trzymał tempo 4:05-4:10... Bałam się, że nie wytrzymam... To było za szybko...

Ale było też mnóstwo kibiców, wolontariuszy, stref kibica i Rafał z Dream Run, który ze swoim dzwoneczkiem był chyba w 10 miejscach  na trasie :-) albo i więcej ;-)


Do 21 km

W międzyczasie dogadałam się z Jędrkiem że będzie łapał mi wodę żeby nie tracić sekund... Dzięki temu jak udało się coś złapać to piłam i polewałam się wodą od Jędrka, a jak nie - to piłam tylko z kubeczka złapanego przez Jędrka - idealna współpraca i... wdzięczność do końca życia :-) 

 

W dodatku wiedziałam, że na połówce będzie czekała Bożena Josypenko, która wesprze ciepłą wodą i dobrym słowem i... faktycznie tak było :-) ciepła woda, uśmiech, poklepanie po ranieniu i najważniejsza zasada maratonu - "musisz czuć się po połowie jakbyś dopiero wychodziła biegać z domu"... Jeszcze się czułam..


25 km

Kiedy mijałam 25 km pojawiło się jednak zwątpienie... To jeszcze tak daleko, a ja już zaczynałam czuć nogi... Wiatr też nie pomagał, a liczne zakręty się nie kończyły... Wtedy pomyślałam, że wytrzymam do 30 km, a potem najwyżej zwolnię... Zresztą przed biegiem założyłam taktykę, że do 21 km na pewno wytrzymam, a potem mogę biec nawet tempem 4:45 i złamać 3:10 wiec każdy kilometr powyżej 21 km jest tak naprawdę bonusem bo 3:10 mimo wszystko brałam w ciemno w czerwcu jak zaczynałam się przygotowywać do maratonu :-) 


29 km?

Kiedy miałam mijać 29 km i zacząć zwalniać na 30 okazało się, że... tabliczki z 29 km nie ma, a jest już 31 km! Czyli za chwilę 32 i można zacząć odliczanie 10, 9, 8, 7... Nie wiem gdzie uciekły mi te 2 km, ale musiałam się nieźle rozmarzyć :-) nawet zastanawiałam się czy to nie pomyłka  i czy ktoś dowcipu nie zrobił :-) 


Ściana na 35 km?

Czekałam na pierwszą w życiu maratońską ścianę... Bałam się jej bardzo bo biegłam za szybko, słońce mocno świeciło w oczy, ale... nogi nie bolały, odcisków czy otarć nie było, oddech jak na wybieganiu... "Jejku! Jak nie teraz to kiedy?"

 

Jędrek zaczął mnie "poganiać" do jakiejś grupki biegowej, zbliżaliśmy się też do za szybkiego zająca na 3 godziny, w głowie trwało odliczanie i walka... "Nic przecież nie boli, nie ma kolki, pogoda świetna, trasa idealna i oczywiście indywidualny pacemaker Jędrek... jest siła, tylko... wytrzymaj... Jak nie teraz to kiedy?"...


40 km

Teraz to już było naprawdę blisko... Kibice byli coraz głośniejsi, usłyszałam jeszcze trenera Artura Jabłońskiego z Dream Run i Bożenkę, którzy krzyczeli, że już to mam i że mam zapas... Jędrek poganiał dalej... ;-) Wystarczyło tylko wytrzymać i... mam to!!! Ale jak to przecież niemożliwe, że to już? :-)


Meta

Magiczna meta i łzy szczęścia... Niemożliwe nie istnieje! Wystarczy tylko chcieć... 2:58:19!!! Na mecie Kuba z Tosią, Bożenka, trener Artur, pozostali Dream Runnersi i... zwycięstwo w klasyfikacji drużynowej, a dodatkowo 11 kobieta, 4 Polka w takim dużym biegu i zwycięstwo w klasyfikacji bankowców... To nie może być prawda...


Na trasie mnóstwo kibiców, wolontariuszy, stref kibica... Prawdziwy "Sen o Warszawie", prawdziwy "Dream Run"...


Podziękowania 

Oczywiście sama tego nie zrobiłam :-) Należą się wielkie podziękowania dla:

- mojego męża, który daje czas na treningi chociaż... ich nie rozumie ;-)

- trenera Artura Jabłońskiego, który wierzył w te czasy dużo bardziej niż ja i mistrzowsko mnie przygotował w zaledwie 3 miesiące,

- Jędrka Josypenko, który był super wspierającym pacemakerem,

- Bożenki Josypenko za zawsze ciepłe słowa, wsparcie i oczywiście ciepłą wodę ;-)

- drużyny Dream Run, na którą zawsze można liczyć,

- mojej całej rodzinki,

- znajomych bliższych i dalszych, którzy trzymali kciuki, a w szczególności dla "nieznajomego" biegacza ze stadionu w Jaworzu, który najpierw mówił, że z tej trójki nic nie będzie, a potem sam nawiał ;-)

niedziela, 3 kwietnia 2022

PÓŁMARATON DOOKOŁA JEZIORA ŻYWIECKIEGO CZYLI BIEG, W KTÓRYM ZDARZYŁ SIĘ CUD I... DOSTAŁAM PIERWSZĄ PENSJĘ Z PKO BP ;-)

Kiedy od kilku tygodni zastanawiasz się, po co w ogóle biegać kiedy forma właściwie spada z tygodnia na tydzień zamiast rosnąć, przychodzi taki dzień jak dzisiaj... I wtedy już wiesz, że nie możesz tak po prostu zrezygnować z tego co daje Ci szczęście, poczucie wolności czy po prostu odpoczynku od codzienności... Taki czas, który jest tylko dla mnie... Kiedy mogę porozmawiać ze sobą, porozmyślać o tym co dzieje się na świecie czy co dzieje się w moim wewnętrznym "JA"...

PRZED BIEGIEM

Na bieg zapisałam się już dawno kiedy marzyło mi się, że jakimś cudem forma zimą się poprawi, a ja będę miała szansę złamać 1:30 na półmaratonie, który chociaż po asfalcie, ma ponad 300 m przewyższenia... Tak sobie to wymyśliłam po ostatniej próbie, kiedy mój czas był w okolicy 1:31 i wiedziałam, że "2" jest całkiem blisko... Dodatkową motywacją była rywalizacja drużynowa - całkiem spontanicznie zebraliśmy drużynę pod nazwą "SOPOTRAIL" i zamierzaliśmy stanąć na podium :-)

Jednak tygodnie zimowe mijały, a ja nie miałam gdzie biegać szybkich odcinków i właściwie forma zamiast rosnąć to tylko spadała... Nadzieję dała wiosna, która niestety pojawiła się tak szybko, jak odeszła... Prognoza pogody na bieg zapowiadała się okropnie - -4 stopnie... Panikowałam strasznie bo bałam się, że znowu gardło mi padnie po bieganiu w takiej temperaturze, ale... pierwszy cud się stał i nic takiego się nie wydarzyło... :-) No ale jak mogło być inaczej skoro na bieg (chyba całkiem spontanicznie) przyjechali do nas Bożenka i Jędrek? :-) Jak oni przyjeżdżają to nie dość, że mam komu pomarudzić przedbiegowo, to jeszcze zawsze jakieś cuda się dzieją :-) ale takiego cudu to ja bym nawet sama nie wymyśliła :-)

PRZED STARTEM 

Start, który miał być całkiem na luzie, zaczął się fatalnie - wpadłam w śnieg i przemoczyłam skarpety... Próbując się rozgrzewać przed biegiem czułam jakby palce u stóp miały mi odpaść bo były po prostu zamarznięte... Dlatego długo się nie zastanawiałam i... zamiast rozgrzewki zamknęłam się w toalecie i poszłam suszyć buty i skarpety :-) Są sprawy ważne i ważniejsze, a biegać ze skostniałymi stopami po prostu nie zamierzałam :-) Na szczęście start opóźnił się 10 minut i idealnie zdążyłam ustawić się na starcie :-) 

W TRAKCIE BIEGU

O dziwo w trakcie biegu nie było tak zimno :-) Ba! Nawet się zagotowałam na jednym z pierwszych podbiegów i czułam kropelki potu na plecach :-) Dobry znak - przynajmniej nie zmarznę ;-)

Pierwsze kilometry mijały bardzo szybko - biegłam po 4:10, a kompletnie nie czułam zmęczenia :-) Jakbym była na wybieganiu :-) Niestety biegnąc tą trasą drugi wiedziałam już, że pierwsze 5 km są łatwe, ale później jest już tylko góra-dół, góra-dół żeby zakończyć na 19 km zgonem na podbiegu chyba około kilometrowym... 

Do 10 km biegło się tak dobrze, że dotarłam właściwie w pełni sił :-) Cieszyłam się każdym kilometrem, że w końcu mogę coś pobiec po zimie :-) i nagle... Ktoś krzyknął, że jestem trzecią kobietą! Nie bardzo mi się chciało w to wierzyć, więc biegłam dalej bez większej spiny... Później jednak kilka osób na trasie powtórzyło, że jestem trzecia i... no jakby to ująć... włączyła się ambicja żeby jak najdłużej utrzymać tę pozycję chociaż... jakoś siły mnie opuściły... Myślałam o tym podbiegu na 19 km i jako go zobaczyłam to nawet miałam myśli, żeby stanąć i chociaż chwilę odpocząć, ale... na szczęście ambicja nie pozwoliła i doczłapałam się na szczyt :-) 


Do mety już było praktycznie tylko w dół, więc... czy ja naprawdę jestem trzecia? Czy ja mogę być trzecia w takim dużym biegu? Nie, nie... To chyba mi się przyśniło...

META

Wbiegając na metę wciąż nie wierzyłam czy to dzieje się naprawdę, ale na mecie czekał dyrektor biegu Mirek Dziergas, który... nie dość, że potwierdził trzecie miejsce wśród kobiet to jeszcze powiedział, że jestem pierwszą Polką! WOW!!!!! Co prawda czas nie powala - 1:31:30, ale... czy to powód żeby się nie cieszyć z takiego sukcesu? :-) 

Do tego jeszcze muzyka uczniów Fundacji Braci Golec, mnóstwo kibiców i... Ci najważniejsi - Maja i Kuba :-) 

 

PO BIEGU

Świętować będę jeszcze długo, ale oczywiście zaczęło się od burgerów z Bożenką, Jędrzejem, Kubą i oczywiście Majeczką :-) A potem odbieranie nagród, które przeszło najśmielsze moje oczekiwania :-) Bo czy można być na podium 6 razy biorąc udział tylko w jednym biegu? A w Żywcu można! :-) 3 miejsce OPEN, 1 Polka, 2 w kat. K30, 3 premia lotna, 1 mieszkaniec powiatu Żywieckiego i... 1 miejsce w drużynówce, które przyniosło równie dużo radości :-) Drużyna to drużyna! :-) Oj długo nie zapomnę tego dnia :-) I to wszystko u siebie ;-)  Teraz o chwilach zwątpienia w bieganie można zapomnieć :-)

ORGANIZACJA BIEGU

Na koniec wielkie ukłony w kierunku organizatorów i wolontariuszy :-) Świetna organizacja biegu, która mogłaby zawstydzić wielotysięczne biegi w dużych miastach :-)  Odbiór pakietów startowych na QR-code, miasteczko dla biegaczy, ciepły posiłek po biegu, bardzo bogaty pakiet startowy (chociaż dużo tańszy niż w innych miastach to w pakiecie koszulka/ ręcznik, pierniczki, piwo, woda, próbki detergentów, smczyki...), bezpłatne zdjęcia z mety, docenienie mieszkańców powiatu, klasyfikacja drużynowa nagrodzona nie tylko statuetką i wiele, wiele innych... Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu jak w dzisiejszych czasach organizatorzy są w stanie pozyskać tylu sponsorów i nagród na takim poziomie... BRAWO! I oczywiście zapraszam do Żywca za rok :-) Może komuś innemu zdarzy się taki cud jak mi :-)







sobota, 26 czerwca 2021

II BIEG ŻENTYCY I 2 ZWYCIĘSTWO :-)


Pierwszy bieg Żentycy bardzo zapadł mi w pamięć - pomimo deszczowej pogody (która wtedy wydawała mi się kiepska) był to jednak pierwszy bieg górski, w którym przede wszystkim biegłam i w którym dobrze mi się biegło i w którym... wygrałam :-) Do tego super towarzystwo na biegu Bożenki i Jędrzeja i... po prostu trzeba było to powtórzyć w tym roku :-)

Bożenka i Jędrzej przyjechali, więc była motywacja na 100% tylko... upał przedburzowy, trochę więcej przewyższenia niż przed rokiem i przede wszystkim... forma w lesie bo dodatkowe kilogramy jednak ciężko dźwigać pod górę, a przy pracy zdalnej jakoś ciężko tego uniknąć...

Mimo wszystko nawet dla wycieczki biegowej, oderwania od rzeczywistości i wspomnień zeszłorocznych warto było stanąć na starcie tego biegu :-) Zresztą sama otoczka tego biegu jest niesamowita - muzyka góralska, przetwory Sopki Stopki (w tym oczywiście żętyca), super smaczny poczęstunek (zupka, ciasta, owoce, hummus z pitą... to raczej się nie zdarza) i piękne górskie widoki :-)

 

Wystartowaliśmy... Oczywiście jak na moją obecną formę zdecydowanie za szybko i w tempie z półmaratonu po płaskim (4:10 pierwszy kilometr, pod górę) - a co! Adrenalina zadziałała :-) No i dobrze się biegło do... 2 km... Gdy tylko zaczął się mocny podbieg pod górę każdy krok to jak mucha w smole... Oczywiście pojawiły się myśli - po co się tak męczyć? To bez sensu! Ty nie umiesz biegać w górach! 

Największy kryzys miałam na 7 km... Na szczęście do tego czasu "biegłam" praktycznie z Jędrkiem, więc podtrzymywał mnie na duchu :-) Chociaż gdy usłyszałam - "No już 1/3 trasy" to raczej miałam ochotę się popłakać niż uśmiechać... Nawet po płaskim nie biegłam szybko bo na łące tak paliło słońce, że nogi po prostu nie chciały się kręcić...



Męczarnia trwała właściwie do 15 km kiedy był drugi punkt z wodą... Polałam się, wzięłam wodę i w końcu zaczęłam biec :-) na 17 km Jędrek mi powiedział, że już tylko 4 km, więc po prostu pognałam w dół... zostawiając mojego wybawcę z początkowych kilometrów biegu... 

Już wiedziałam, że będzie dobrze i nikt mnie nie wyprzedzi bo zyskałam jakąś moc i jakimś cudem dobrze zaczęło się biec :-) nawet dogoniłam zawodnika w pomarańczowej koszulce, który uciekał mi przez cały bieg :-) 

Na mecie to już tylko euforia szczęścia - wspólne wbieganie z Mają na metę i... zwycięstwo :-) Może biegowo nie było najlepiej, ale zwycięzców się nie sądzi ;-) Na pewno był to dobry trening dla głowy, który może pomóc już niedługo na starcie z Gdyni do Wejherowa :-) Tylko czy mocy w nogach wystarczy? Oto jest pytanie :-)

 

 

Tak czy inaczej mam nadzieję, że w przyszłym roku znowu będzie mi dane pobiec w tym sentymentalnym bieg, najchętniej oczywiście z Bożeną i Jędrzejem, którzy dotrzymywali nam towarzystwa kilka dni :-)

Po biegu nie mogło oczywiście zabraknąć strumyczka, lodów i burgerów :-) Piękny dzień :-) Dla takich chwil warto żyć, mieć pasję, wstawać o 5 i po prostu cieszyć się bieganiem :-)

Następnego dnia oczywiście zamiast regeneracji było poranne bieganie, a później Pilsko z dodatkowym obciążeniem :-) Takie chwile też są bezcenne - trzeba korzystać dopóki zdrowie pozwala ;-)




sobota, 12 czerwca 2021

1 start i 1 miejsce w sentymalnym biegu w Kabatach :-)


15 miesięcy przerwy od startu w płaskim biegu i treningu pod płaskie, 8 miesięcy bez jakiekolwiek startu, 2 miesiące bez ani jednego treningu po płaskim i... przypadkowy przyjazd do Warszawy w terminie biegu na Kabatach... Pobiec? Skompromitować się? Ale to tutaj przeżywałam najwięcej pięknych biegowych wspomnień bo to w Kabatach jest najlepsza atmosfera, pełno znajomych i... mój las :-)

Moje sentymentalne serce chciało pobiec, ale po rezygnacji ze startu Jędrka mój rozum powiedział - "NIE"... Na szczęście Artur jeszcze raz kazał mi się zastanowić i wtedy serce wygrało - "Pobiegnę" :-) Co z tego, że to będzie wynik bardziej pod 45 minut niż 40 minut... Co z tego, że nie stanę na podium tylko będę gdzieś daleko... Co z tego, że będą się śmiać... Ja już nie biegam po płaskim tylko w górach! Nie zrobiłam ani jednego treningu na płaskim - mam po prostu prawo pobiec dyszkę w 45 minut :-)


Z tymi myślami przyjechałam na Kabaty... Na dodatek duszno przed burzą (moje najmniej ulubione warunki do biegania - szczerze mówiąc miałam nadzieję, że spadnie deszcz), bardzo mało ludzi jak na bieg na Kabatach i co zabolało najmocniej - brak starego składu z Kabat...

Podczas rozgrzewki człapałam chyba po 6 min/km, ale wspominałam stare starty w Kabatach i wspólne rozgrzewki z Dream Run. Czułam, że jest ze mną kiepsko, bo duchota straszna...  Mimo wszystko z nadzieją w sercu stanęłam na linii startu żeby po prostu biec swoje według swojego samopoczucia. 

I wtedy zdarzył się cud... Biegło się lekko, a ja biegłam pierwsza... Myślałam, że człapię bo mój zegarek wariował, ale koło tabliczki z 5 km miałam czas jak zwykle na Kabatach czyli w okolicy 19:30... Jak to możliwe? 

Zaczęłam się bać, że zaraz w tym upale nie wytrzymam tego tempa... Mając świadomość, że nikt za mną nie biegnie zwolniłam, a kilometry same leciały, bez cierpienia takiego jak zwykle na Kabatach :-) po 8 km spotkałam swoją rodzinkę i już wiedziałam, że muszę dobiec do mety pierwsza i stanąć z Mają znowu na podium bo taka szansa może się już nie powtórzyć :-)

Na mecie czas poniżej 41 minut i wspólne wbieganie z Mają :-) Zapisuję ten bieg do bezcennych wspomnień w swoim życiu:

1) rodzinka na mecie, wspólne przekroczenie mety, podium z Mają

2) bieganie w górach wcale tak nie zwalnia - mój czas raczej standardowy na Kabaty :-)

3) "uwierz w końcu w siebie" 

4) ten sezon już jest piękny, a jeszcze czeka mnie wiele wspomnień trailowych :-) Najważniejsze, że nic nie boli i można się cieszyć bieganiem :-)

niedziela, 20 września 2020

BARAN TRAIL RACE CZYLI 60 KM I PIERWSZE MIEJSCE Z UŚMIECHEM NA TRASIE...


Takie rzeczy tylko w górach ;-) Baran Trail Race to miała być tylko alternatywa dla Chudego jeśli Chudy nie wyjdzie... Chudy wyszedł więc bardzo długo zastanawiałam się czy w ogóle wystartować w BTR, ale...
kusiły mnie po prostu nowe trasy i piękne widoki :-) Bo czy może być lepsza motywacja na dłuższą wycieczkę biegową niż po prostu start na 60 km?

Tydzień przed startem wszystko mówiło: "nie biegnij. Po co Ci to?" Rozbolała mnie stopa (po szybkich treningach na asfalcie... Chyba stopy zapomniały jak tam się biega), a dwa dni przed zaliczyłam poważną wywrotkę... na trasie pod domem ciągnąc Maję na rowerku na szutrowej drodze i lądując w rowie... Ehh... 


Z drugiej strony pogoda szykowała się wymarzona... 6 stopni w nocy, 18 stopni w dzień, trochę słońca i... gwarantowane piękne widoki :-) Start opłacony, Bożenka i Jędrzej na krótszej trasie BTR, więc szczęście po prostu musiało dopisać ;-) W końcu stwierdziłam, że najwyżej zejdę w połowie trasy bo wtedy akurat przebiega się przez "start"... Najwyżej przebiegnę się pierwszy raz w nocy po górach, zaliczę piękny wschód słońca i... po prostu będę szczęśliwa po 26 km :-) Oby tylko zdrowie dopisało...

W końcu zdecydowałam się... Pobudka o 3:30 nie była miła, ale i tak nie mogłam spać, więc nawet się cieszyłam, że w końcu mogę wstać :-) Szybko się zebrałam z domu żeby nie pobudzić domowników (w szczególności Mai bo to byłoby pół godziny z głowy) i wybiegłam do samochodu... Odpalam go i... nic nie widzę! Mróz na szybie! A ja krótkie spodenki, krótki rękawek i... trzęsłam się z zimna aż do Węgierskiej Górki. Kiedy zrobiło się ciepło znowu przeszło mi przez myśl żeby jednak nie wysiadać... Wyspać się w samochodzie i... poczekać na rodzinkę w Węgierskiej Górce :-)

Raczej rzadko się zdarza, że leń u mnie wygrywa, więc wysiadłam jednak z samochodu i poszłam na odprawę... Trwała może 5 minut, ale niestety dowiedzieliśmy się, że plik gpx. w dwóch miejscach nie zgadza się... A ja nie lubię biegać nie znając za dobrze trasy i to jeszcze ze zmianami w trasie... 

START - godz. 5:00

Ciemno, zimno i zero znajomych twarzy... Jakoś tak czułam, że tu nie pasuję... Po co mi to? To przecież jakieś 8h biegania? Przecież moje stopy nie dadzą rady! Pełna wątpliwości ruszyłam na trasę. Bardzo dziwnie biegło się w nocy po górach słysząc co jakiś czas ryki jeleni i nie wiedząc czy teraz jest bardziej podbieg czy podejście... Na szczęście 4 tygodnie temu biegłam tamtędy w dzień i z tego co pamiętałam to biegłam cały czas, więc stwierdziłam, że teraz tym bardziej nie wypada przechodzić do marszu :) Może nie było szybko bo jednak bieganie w ciemności jest trochę inne, ale dobrze się oddychało, nie było wiatru i byłam odpowiednio ubrana :-) Starałam się trzymać z grupką chłopaków żeby trochę oświetlali drogę, ale jakoś szybko zostałam sama w ciemnościach... Chyba za szybko zaczęłam, a potem zaczęłam człapać... Na szczęście w przyzwoitym tempie i o wszystkich siłach dotarłam do wypłaszczenia i zaczęłam gonić chłopaków na bardziej równym terenie... Na szczyt Baraniej Góry dotarliśmy chyba w piątkę... Ja pełna sił, bez bólu stóp i... uśmiechająca się :-) Był piękny wschód słońca, piękne widoki i... wolność :-) Czy można chcieć czegoś więcej?


BYLE DO WĘGIERSKIEJ GÓRKI... 

Z Baraniej Góry zaczął się nieprzyjemny zbieg po kamieniach... Techniczny... Taki, którego nie lubię... Po prostu nie umiem zbiegać, a jeszcze po kamieniach, stromo... Fuj... Za mną ktoś się jeszcze rozwalił na tym zbiegu... Zatrzymałam się na chwilę, ale usłyszałam tylko "w porządku", więc pobiegłam dalej... Wciąż biegliśmy w kilka osób i tak aż do asfaltu... W końcu coś co lubię :-) Mogłam przyspieszyć i widziałam przed sobą już tylko jednego biegacza... Ale wiedziałam, że zaraz zacznie się wąskie podejście... Robiło się gorąco... Pozbyłam się długiego rękawa, ale obowiązkowy sprzęt typu kurtka, czołówka sprawiły, że plecak zrobił się już strasznie ciężki i niewygodny. Na szczęście wiedziałam, że niedługo będziemy na starcie i... może tam zostawić niepotrzebne rzeczy? Tylko gdzie? Przy śmietniku?

Dzięki zmienionej trasie zamiast asfaltem, przyjemną trasą dotarliśmy do miejsca "startu" czyli 26 km zaliczone... Nadrobiłam co prawda prawie kilometr bo myślałam, że mamy biec szarfami zamiast najkrótszą trasą, ale najważniejsze, że dotarłam :-) Czekała tam na mnie miła niespodzianka czyli w końcu znajoma twarz - Rafał, z którym miałam okazję pokonać treningowo pierwszą część trasy BTR :-) No i już wiedziałam, komu mogę oddać zbyt dużo rzeczy z plecaka :-) No i dostałam pozytywnego kopa na drugą część trasy :-)


BYLE DO RYSIANKI...

Zostało tylko... Hmmm... 32 km... Starałam się o tym nie myśleć... To znaczy tłumaczyłam sobie tak, że właściwie wystarczy przebiec jeszcze 18 km bo reszta jest w dół... Sprawdziłam to tydzień temu, ale na... świeżych nogach, więc nieco się pomyliłam ;-)

Druga część trasa zaczynała się 3 km asfaltem, więc szło bardzo dobrze :-) Robiło się jednak coraz cieplej... Razem z pewnym biegaczem w czerwonym plecaku, którego starałam się trzymać od początku trasy, skręciliśmy na czerwony szlak... Żadnego oznaczenia... Tylko nasze zegarki z wgranym trackiem kazały nam tam skręcić, więc niepewnie skręciliśmy... Na szczęście za około 0,5 km szarfy się pojawiły i głowa została uspokojona... 

Zaczęło się pod górę... Jakoś nie chciało mi się biec tylko bardziej podchodzić... A przecież w zeszłym tygodniu tu biegłam? Czułam, że to się źle skończy, ale... w sumie nie spieszyło mi się :-) Skoro pierwszą część trasy zrobiłam w 3h, a z rodzinką umówiłam się na mecie po 8h to wiedziałam, że właściwie mogę iść :-) No ale był jeden szczegół... Prowadziłam! Miałam szansę znowu wygrać! Nie, nie... To niemożliwe... Na pewno zaraz się ktoś pojawi... Po prostu trzymam swój rytm i co ma być to będzie...

Robiło się coraz goręcej... Robiła się patelnia... Z każdym krokiem Rysianka była jednak coraz bliżej, a przecież potem to już tylko dół... 

BYLE DO METY...

Ciężko nazwać to wbiegnięciem na Rysiankę bo jakoś nogi nie chciały się


kręcić jak tydzień temu, ale.. dotarłam... A właściwie dotarliśmy z kolegą z czerwonym plecakiem, który pochwalił się również biegiem na Chudym i... tuż przed szczytem okazało się, że miał czas lepszy o 10 min ode mnie więc... może jednak nie człapałam aż tak strasznie? Może jednak nikt mnie nie wyprzedzi? Pojawiła się nadzieja na zwycięstwo... Dotarłam do mojej ulubionej trasy czyli żółty szlak na Halę Lipowską i potem w dół... Piękne wspomnienia z marca i kwietnia kiedy mieszkałam w Złatnej... Zresztą to był właśnie powód, dla którego wybrałam BTR :-) Chciałam pobiec ten kawałek trasy :-)


Wszystko pięknie tylko... moje nogi średnio się kręciły... Na szczęście stopy nie bolały, a to już był sukces, więc starałam się po prostu biec... Może nie szybko, ale jednak powoli do mety... Krok za krokiem i... upragniona meta... Gdy jednak skręciliśmy już z mojego ulubionego szlaku to bieg przestał mi sprawiać przyjemność i marzyłam już o mecie... Jeszcze TYLKO 9 km... Gorąco... Upał jak na Chudym... A ja prawie bez wody... No bo przecież to tylko 9 km... W dół...


No niestety chyba mój mózg czegoś nie zanotował tydzień temu, ale to "w dół" oznaczało jeszcze jakieś trzy górki :-) Może małe, ale jednak podejścia... A potem nieprzyjemny, bardzo stromy zbieg... Nogi jakoś nie bolały, ale jednak nie kręciły się zbyt szybko... No i jakoś zaczęłam czuć pachwinę i coś nad kolanem... No jakbym się gdzieś poobijała... Gdzie ta meta?

W końcu dobiegłam do asfaltu i już wiedziałam, że dam radę... Że dam radę być pierwsza... Nie biegłam tam jakoś szybko, ale wiedziałam, że mam jeszcze rezerwy żeby w razie czego przyspieszyć :-) Dogoniłam nawet biegacza z czerwonym plecakiem, który zostawił mnie na Hali Lipowskiej :-) chyba po tym jak się dowiedział, że jednak na Chudym to sporo słabsza od niego byłam ;-)


Było już naprawdę blisko, więc cieszyłam się każdym krokiem :-) Szukałam na mecie moich bliskich, ale niestety... przybiegłam zdecydowanie przed zaplanowanym czasem - 6:36:33 (tylko 1,5 h przed planowaną godziną przybycia ;-) ) - 1 kobieta, 8 razem z mężczyznami :-) Maja jednak miała obiecany wbieg z mamą na metę, więc pół godziny później nastąpiła powtórka ;-) Potem już tylko można było delektować się piękną pogodą z rodzinką, Bożenką i Jędrzejem, którzy wystartowali na 26 km w BTR :-) Super było pójść razem na lody, a następnego dnia... w góry zbierać śmieci na akcji Czyste Beskidy i posłuchać Fundacji Braci Golec ;-) Piękna pogoda, góry, super ludzie... Czego chcieć więcej? :-) 


Z pewnością chce się kolejnych, długich startów, ale... 35 lat na karku każe się jednak opanować bo może się to skończyć kontuzją. Piękny sezon dobiegł końca :-) Może nie najszybszy, ale na pewno najpiękniejszy pod względem widoków i wyników :-) Cel zrealizowany - można przenosić góry ;-)

Ps. Podziękowania za niesamowite wspomnienia dla mojej wspierającej rodzinki podczas długich wycieczek, Arturowi za treningi, Bożence i Jędrzejowi za odwiedziny i dodanie super mocy, Rafałowi za bezcenne wskazówki i rekonesans trasy oraz wielkie podziękowania za utrwalenie tych wspomnień na zdjęciach  dla Katarzyny Gogler i Manuel Uribe oraz Jędrzej Josypenko :-) 



niedziela, 19 lipca 2020

I BIEG ŻENTYCY CZYLI MOJE PIERWSZE ZWYCIĘSTWO W GÓRACH...

Co można zrobić za 40 zł? Przeżyć niezapomniane chwile na całe życie :-) Bieg, którego reklamę zobaczyłam zupełnie przypadkiem w Schronisku na Rysiance i... od razu wiedziałam, że muszę tam pobiec chociaż tydzień wcześniej biegłam półmaraton w Korbielowie... :-) Bo czy można zrezygnować z biegów, które są dosłownie tam gdzie mieszkasz? :-) I chociaż trasy nie zdążyłam zbadać to wiedziałam, że będzie fajna - w końcu to Beskidy :-)

Zaczynając od początku - najważniejsze, że na biegu nie miałam być sama tylko z super ekipą Josypenków, a jak wiadomo nie od dzisiaj - tam gdzie jest Jędrzej tam dobrze mi się biegnie, a życiówki same wpadają ;-) Tym razem byłam tydzień po półmaratonie w Korbielowie z przewyższeniem ok. 1400 m, więc nogi nie nabrały jeszcze świeżości, ale... bieganie w górach rządzi się swoimi prawami i nigdy nie wiadomo na jaki dzień się trafi :-)

Pogoda nie rozpieszczała - padało jeszcze przed startem, więc było ryzyko dużego błota, a ja nie dość że nie umiem zbiegać to jeszcze po błocie? No i jeszcze poprzedniego dnia stanęłam niefortunnie na jakimś kamyku i coś było nie tak ze stopą... Wymówek sporo, ale... ja tak łatwo się nie poddaję :-)

Początek 1,5 km po asfalcie, więc idealnie na rozgrzewkę bo szybko :-) Szybko też się okazało, że biegnę pierwsza :-) Oczywiście czekałam aż kolejne dziewczyny zaczną mnie wyprzedzać, ale to się nie liczyło - chciałam po prostu zrobić dobry trening pod Chudego Wawrzyńca :-)

Była też duża mgła, więc cały czas bałam się, że gdzieś pomylę trasę, ale... po kilku zakrętach szybko się okazało, że trasa jest bardzo dobrze oznaczona oraz że w trudnych momentach na trasie są zawsze wolontariusze, więc po prostu nie dało się pomylić :-) Rysianka Team MTB - dzięki!

Pierwszy podbieg był dosyć długi bo w zasadzie trwał do 7 km, ale dało się biec, więc nawet szybko minęło :-) później przyjemny zbieg - szeroko i całkiem miękko, a po połowie trasy coś do jedzenia i picia :-) Ze względu na to, że padało to nie chciało się jednak pić ani polewać wodą, więc po prostu pognałam dalej... Za chwilę miał zacząć się drugi dłuższy podbieg, ale jak się okazało znowu było całkiem przyjemnie i nawet nie byłam pewna czy to już na pewno to drugie wznieniesie :-) Kolejne zbiegi dały mi już nieco w kość bo było trochę kamieni, a mojej stopie to się bardzo nie podobało... Na szczęście za chwilę pojawiło się trochę trawy i można było już normalnie biec :-)

Generalnie super trasa do biegania :-) Szkoda tylko, że nie było widoków bo mogę się tylko domyślać, że w słoneczne dni musi tam być pięknie :-)

Do mety dobiegłam z uśmiechem na ustach i nawet nie za bardzo zmęczona w czasie 1 godziny i 54 minut :-) Nikt też mnie nie wyprzedził aż do mety, a ja za to "prawie" dogoniłam Jędrzeja, który co prawda był kilka minut przede mną, ale nikogo między nami nie było :-)

Na mecie czekała na mnie moja ukochana rodzinka - dziękuję!, a na wszystkich biegaczy cudowna atmosfera biegowego święta, której przez tę pandemię bardzo brakowało: zespół góralski, pyszna zupka, ciasta, ciasteczka, owoce, gorąca herbatka, woda... Aż nie chce się wierzyć, że to wszystko w cenie 40 zł! No i w końcu dowiedziałam się co to jest "żentyca", a nawet ją skosztowałam - PYCHA! :-) A to wszystko dzięki gościnności gospodarstwa "Sopki Stopki" :-) Już nie mogę się doczekać kiedy tam wrócę i w nieco bardziej słoneczny dzień skosztuję ich wyrobów, bo to jest po prostu bajka :-)

Zapomniałabym dodać - na zwycięzców czekały również fajne nagrody, ale mi do gustu najbardziej przypadł puchar z drewna! Genialny :-) to właśnie z niego udało mi się skosztować żentycy :-)

Już nie mogę się doczekać kolejnych biegów organizowanych przez Rysianka Team MTB :-) i chociaż zajmują się głównie tematyką rowerową, to trzeba przyznać, że ten bieg wyszedł im organizacyjnie super :-) jak tylko limit 150 osób zostanie zdjęty to coś czuję, że w przyszłym roku będzie co najmniej 1000 chętnych :-) Ale do tego czasu cieszę się z pierwszego miejsca i już nie mogę doczekać się kolejnych przygód w górach :-)

Następny start - Chudy Wawrzyniec... Mam niestety spore obawy o stopy i... wciąż nie mam dobrych butów żeby w nich przebiec aż 53 km... W zeszłym roku przypłaciłam to stratą paznokci, a w tym roku wciąż nie znalazłam nic sensownego, bo w moich nowych butach to ja co najwyżej mogę półmaraton przebiec... ;-) No i trochę nie podoba mi się formuła startu - co 5 sekund w 4 dni... Tak czy inaczej szykuje się kolejna fajna przygoda w górach :-) oby tylko zdrowie dopisało :-) trzymajcie kciuki!

Ps. Powoli niebezpiecznie zakochuję się w bieganiu ultra... A tak się broniłam :-)

Ps2. Dziękuję za super zdjęcia z biegu - Paweł Motyka i Aleksander Miler. W dodatku tylu fotografów to rzadko się spotyka nawet na biegach kilkutysięcznych, a tutaj taka niespodzienka :-) Wciąż nie mogę wyjść z podziwu jeśli chodzi o organizację tego biegu :-) Jeszcze raz gratulacje i czekam na więcej ;-)